Mapa strony
 
0,49 zł/min z VAT
Wybierz region
do
Wyjazd od
zł/os.
do
Cena od
 
 
Znajdź swoje
dodaj wspomnienie
Dodaj wspomnienie!
Podziel się swoimi
wrażeniami
z wycieczki
Oceń
 
 
 
 
 
 
Średnia ocena
przeciętne
Wyprawa do Maroka
autor: Wojtek wojo@box43.gnet.pl
dodane: 2000-07-06
termin-wycieczki: sierpień 1999
Drogą lądową przez Hiszpanię.

Do Hiszpanii (Lloret de Mar ok. 70 km od Barcelony) dojechaliśmy przewozem autokarowym. Umówiliśmy się z przewodnikiem autokaru, iż wysiądziemy przy dużej stacji benzynowej, przy autostradzie - ok. 20km od Gerony. Dalej to już autostop, aż do promu.

Wysadzono nas koło 7 rano, do 10 nie mogliśmy złapać stopa. Nic.

Bo z tym stopem to w Hiszpanii jest ciężko. Chcieliśmy już przestać machać na autostradzie i próbować szczęścia na państwowej drodze, ale tankujący gość z TIR'a przyglądał nam się, więc ja do gościa i 'Buenos diaz'. Moje 'Buenos diaz' wiele mu powiedziało, bo odrzekł 'dzień dobry'. No cóż, zadanie mieliśmy ułatwione, już jechaliśmy do Walencji. Kierowca był Polakiem na stałe mieszkającym w Hiszpanii. Wieczorem znaleźliśmy się na zjeździe z autostrady tuż pod Walencją. Przy okazji udało nam się 'załapać' na deszcz. Przestało padać więc zabraliśmy się do roboty - machanie.

Ze stacji zjeżdżali prawie sami Marokańczycy, czasem pojawiali się Niemcy, Francuzi przeważnie nam niechętni. Efekt można łatwo przewidzieć, po prostu ciągle tam byliśmy. Myśleliśmy już o rozbiciu namiotu, wtedy jako żywo przypomniała mi się myśl Digimera '...jeśli ktoś ma chęć wziąć stopowicza, zrobi to bez względu na okoliczności'. Ten Ktoś, to para Hiszpanów z 10-cio miesięcznym synkiem. Po drodze okazało się, że jadą prawie do Almerii, jednak planowali nocleg gdzieś po drodze.

31 lipiec - niedziela

Jesteśmy w Gandi. Śpimy na skwerze, trochę na opłotkach miasta. Dużo się już wydarzyło. Czekamy na naszą Hiszpańską rodzinę, z którą jedziemy w dalszą drogę, aż pod samą Almerię.

Gdzieś między Alicante a Murcją Hiszpanie (ciągle Ci sami) zrobili sobie przerwę, świetnie: w klimatyzowanym aucie 22° , na zewnątrz 40° . Intensywne spotkanie z południowoiberyjskim latem, pięknie, pięknie a przed nami przecież Afryka. Kupiliśmy litr zmrożonego piwa, NIEBO!, kontynuacja podróży to przesłodka drzemka.

Następny stop spod Almerii do przystani promowej, nie wart wzmianki. Już mamy bilety w ręce. Ceny niestety się zmieniły, przybył prom do Nadoru (11, 19, 20) ale wybraliśmy prom do Melili, bo nie musimy wykupywać idiotycznych kabin noclegowych po paskarskich cenach (4400 pta bilet + 4500 pta kabina).

Na ziemi marokańskiej.

1 lipiec

Jesteśmy o 730 Melili. Sam prom to spotkanie z najgorszymi cechami marokańskiej nacji, myślimy, że w samym Maroku może być tylko lepiej. Potem przejście graniczne. Tak, przejście to styk dwóch cywilizacji. W Melili trochę zaniedbania a tuż za granicą tej enklawy to inna opowieść. Jednak gdyby miało nas to odpychać zostalibyśmy na przykład w Austrii.

Spod granicy po godzinnej odprawie dojechaliśmy do Nadoru, słabowitym autobusem lokalnym 2,2 Dr/os. Nador - kontakt w tempie ekspresowym, bo akurat odjeżdżał autobus nie-CTM do Fezu (60Dr/os.) Kierowca mówił 'już, już' więc tylko wyskoczyłem kupić coś do jedzenia na dworcu. Kupiłem dwa 'sandwicze', bułki z mięsem, frytkami, oliwkami i ketchupem. Do jedzenia była to ostatnia chwila, bo Hiszpania była 'postna'. Zjadłem szybko swoją porcję a Kasia ze swoją zaczęła coś wybrzydzać. Przeanalizowałem owo smakujące mi mięso i okazało się, że po kształcie to była podsmażona ośmiornica. Ale było smaczne.

Około 18 byliśmy w Fezie po gorącej podróży. W trakcie tej podróży mieliśmy kontakt z afrykańskim gorącem. Zaczął się upał, już w autobusie zaczęło mnie suszyć, naprawdę mocno. Trzy godziny bez łyka wody, w rozgrzanym, blaszanym autobusie. Obawiałem się odwodnienia. Ryzykując (wtedy miałem to gdzieś) kupiłem na jakichś światłach 1,5 litra wody od 'brzdąca'. Brak jakichkolwiek rewolucji żołądkowych. Piszę o tym tyle, bo zadziwiające jest jak człowiek przy braku wody, podczas gorąca redukuje myśli. Woda, woda, trochę wody, jak mi sucho, jak mi się chce wody, ile jeszcze będziemy jechać, gdziekolwiek się zatrzymamy kupimy wodę, będę pił, pił...

A w Fezie hotel 'Commerce', dobry hotel, oby wszędzie takie spotykać. Dość tam woda, wszystko OK.

2 sierpień

Oglądaliśmy Medinę, poznawaliśmy wgłębiając się w nią. Bardzo łatwo można się w niej zgubić. Raz straciwszy orientację, pokazałem 1Dr małemu chłopcu i poprosiłem, żeby zaprowadził nas do Dar Batha (Muzeum Sztuki Marokańskiej). Chłopak długo kluczył po Medinie, parokrotnie pytałem go dokąd idziemy?, on ciągle: OK. W końcu stanęliśmy pod Bankiem (dobry punkt orientacyjny). Byłem zły, powiedziałem malcowi, że to nie Dar Batha. Zamilkł. Stwierdziłem: to tylko niewiedza, on naprawdę się starał. Otrzymał obiecany 1Dr. Potem Kasia powiedziała, że małemu zaszkliły się oczy. Jak chciałbym cofnąć czas. Dar Batha była zamknięta.

Sam Fez: Medersa Bu Inania - misteria w drewnie. Ogrom ludzkiej pracy, lecz mała, co podkreśla zakaz chodzenia po pierwszym piętrze. Fez fascynuje z daleka, ostro ograniczony murami obronnymi, położony na półpustynnych zboczach, skąpych w rośliny. Z bliska stara zabudowa z ostro kontrastującymi antenami, reklamami. Pięknieje Fez wraz z dystansem, stary Fez.

3 sierpień

Mieszkaliśmy na styku starego Fezu (F-el Bali) i nowego Fezu (Ville Nouvelle) w dzielnicy F-el Idid. Naprzeciwko naszego hotelu 'Commerce' jest rezydencja królewska, dla nas był to Pałac królewski wraz z ogrodami. Park cały w zieleni a dokoła mury obronne. Ten teren nie potrzebował makijażu dystansu.

W ten ostatni dzień pobytu w Fezie postanowiliśmy kupić pamiątkę. Ponownie poszliśmy do mediny i ponownie zgubiliśmy się. Zamiast zakupu wyrobu garncarskiego wobec zaistniałej sytuacji kupiliśmy metalowy, ręcznie wykonany czajnik. Piękny.

4 sierpień

Przejazd do Meknes, bez wrażeń. Pojechaliśmy do Meknes przede wszystkim w celu zwiedzenia starożytnych rzymskich ruin Voulubilis. Meknes poznajemy od brudnej strony, hotel Paris reklamowany w przewodniku podwyższył ceny, 120Dr/os. Prawdę mówiąc po pobycie w Fezie, Meknes nie robi wrażenia.

5 sierpień

Zwiedzanie ruin Voulubilis. Dojechaliśmy autobusem do krzyżówki, gdzie droga skręcała do Moulay Idris, a my mieliśmy ok. 0,5 h marszu do ruin.



Wrażenia ze zwiedzania pozostawiam innym. Ważne jest, co nam się udało, aby być w Voulubilis rano, wcześnie rano. Wyruszyliśmy z Meknes ok. 7 rano zwykłym autobusem kursującym do Moulay Idris, a zwiedzanie zakończyliśmy ok. 10 kiedy do wejścia zaczęły napływać tłumy 'west-manów'.

Wieczorem o 2200 mieliśmy autobus do Risani (120Dr/os), miasteczka tuż obok Ergu Chebbi, skrawka Sahary w południowo-wschodnim Maroku.

6 sierpień

Póżnym popołudniem pojechaliśmy do nowego miasta, na dworzec CTM, mając prawie 4 godziny czasu do odjazdu autobusu, poszliśmy na spacer. O, jakie różne jest to Maroko 'nowe' od tego dotąd poznawanego (nowoczesne, europejskie...). Czekając na autobus spotkaliśmy parę Polaków: Izę oraz Sławka - studentów z Poznania. Wymiana informacji, adresów i sugestie Izy dotyczące naszego dalszego zwiedzania Maroka. Oni zostawali w Meknes. Wsiadanie do autobusu następne spotkanie z Polakami - Ola i Ania, z Warszawy. Podróż minęłaby spokojnie, gdyby nie boleści Wojciecha - dostał wysoką gorączkę, po przyjeździe do Risani poszliśmy do pierwszego napotkanego hotelu (upał, pokój z oknem na korytarz, duchota), ale przynajmniej Wojtek ma gdzie dojść do siebie. Na szczęście koło południa zaczęło być lepiej, poszliśmy na spacer, no i jak w Maroku bywa, spotkaliśmy Berbera, który zaoferował nam pomoc w paru rzeczach: przejazd do Merzuogi, zwiedzanie Erg'u, kupna biżuterii berberyjskiej. Jak spryt przechodzi wszelkie granice. Próbowali nam wcisnąć różności (czasem śliczne), ale po tak niebotycznych cenach, że nie było o czym mówić, np.: srebrna bransoleta za 1400Dr (600pln). Marokańczycy byli wytrwali, w końcu doszło do handlu wymiennego: moje spodnie + 100Dr za srebrne puzderko z topazem, biorąc pod uwagę cenę spodni kosztowało nas to ok. 45pln. Teraz mamy sjestę poobiednią (chleb + woda + pomarańcze). Jutro jedziemy do Merzuogi za 100Dr od osoby i odwiedzimy ERG, może to czas, może pojedziemy na wielbłądzie, może ... Ale to wszystko może, a na pewno później pojedziemy do Marakeszu z Rissani o 17 za 140Dr/osoba.

[Wojtek] Jest już mi trochę lepiej. Pomyśleć, że 12 godzin temu nie mogłem zebrać myśli, nie widziałem widoków, ledwo co docierały do mnie Kasi słowa. Po prostu pomógł mi czas. W Rissani jest prawdziwa Afryka, główny rynek bez marmurów jest jednocześnie zajazdem autobusów. Tutaj właśnie zawraca asfalt - dosłownie. Miasto jest na tyle duże, na płaskim terenie, że nie widzimy żadnych okolic. Jutro jedziemy do Merzuogi, a tam jest już prawdziwa pustynia.7 sierpień

Wyjazd na tę 'prawdziwą pustynię' nie wpłynął pozytywnie na nasz odbiór Marokańczyków. Wrocławianie (spotkani w Turcji) mówili nam, iż na północy Maroka są to ludzie wysoce denerwujący (w oryginale brzmiało ostrzej). Uzupełnienie: w Risani też są, ale po kolei. Rissani - bardzo gorące miasto, a temperaturę, którą zmierzyłem w cieniu to 44° C. W hotelu powiedziano nam, że trzy dni temu było pod 50, a teraz jest normalnie. Z samego rana wyruszyliśmy z jednogodzinnym poślizgiem - Ismail: 'to jest Maroko', pojechaliśmy z dwoma Włochami toyotą. Na opłotkach Risani droga zaczęła zmieniać swój charakter, to jest: droga to było coś bardziej utwardzonego od poboczy, a wszystko to hamada (półpustynia). Po półtorej godzinie jazdy byliśmy na miejscu. Od razu uwaga: wioska Merzuoga, a przynajmniej jej centrum toto nie było. Ot, samotna hacjenda z własna wodą i niedaleko prawdziwy ERG CHEBBI. Kolory ergu takie, że wydawało się, iż to miraż, nienaturalnie piękne. Odległości na pustyni optycznie powiększają się, jak się później okazało Erg nie był zbyt daleko.

Hacjenda nazywała się El-Hamada i cóż, staram się być obiektywny, nie było to dobre miejsce. Kasia miała ochotę na wycieczkę na wschód słońca wielbłądem, ale cóż, 700Dr za osobę bez możliwości targowania się to trochę za dużo. Nawet dla dwóch Włochów, którzy przybyli z nami było to za drogo. Pewnie właściciele zostali rozpieszczeni przez bogatych Europejczyków i Japończyków. Była tam też grupa innych Włochów z przewodnikiem wprost z Fezu. Ach nie lubię takich zeuropeizowanych obsługiwaczy turystów. Cwaniak, nie przyjmujący do wiadomości (lub nie uznający) innych turystów niż wypchani kasą Westmani. Koło północy zajechali bogaci Hiszpanie wynajętymi autami. Zaczął się 'szoł' wokół Hiszpanów. Odczucia Kasi i moje były identyczne z wrażeniami spotkanych Włochów: Jak się ma kasę to się jest na specjalnych warunkach. Dobrze, że byli tam Ci Włosi.

Dlaczego to miejsce nie było dobre? - Brak wyboru. Zostaliśmy podwiezieni niby Merzuogi, lecz skupiska paru zabudowań właściwej wioski były oddalone na południe. My, w tej hacjendzie, byliśmy w najlepszym przypadku na obrzeżach wsi.

Picie? - Jest 2-3 razy droższe niż normalnie, a przecież tutaj picie to nie zachcianka tylko mus. Jedzenie? - ...Jedynie nocleg w normalnej cenie.

Włosi byli bardziej zdegustowani od nas, nawet lekko przestraszeni tym miejscem. Chcieli się stąd jak najszybciej wydostać. W tym znowu byliśmy zgodni. W niedzielę rano powrót do Rissani.

8 sierpień

Wracamy do Rissani niedzielnym rankiem. Po drodze złapaliśmy gumę. Reperacja polegała na zamianie na koło zapasowe. Zamontowane koło zapasowe powinno być kołem wyrzuconym, dawałem mu 10 minut jazdy. Na szczęście myliłem się, dojechaliśmy do Risani. Włosi jechali zaraz do Er-Rachidii my natomiast spotkaliśmy dwóch innych młodych Włochów. Podzieliliśmy się wrażeniami i wskazówkami. Było to dla Kasi i dla mnie dobrą terapią. Być może spotkamy się z tymi 'młodymi Włochami' w As-Suwajrze.

O 17:30 wyjechaliśmy autobusem do Marakeszu, gdzie byliśmy o 7 rano. Co ciekawe autobus jedzie okrążając góry Atlasu od północy.

9 sierpień

Marakesz zostawiamy na powrót z gór, a teraz wyruszamy w Atlas. Około 9 wyjechaliśmy do Asni busem (po drodze ogromne przepaści - horror!). W Asni dużo naganiaczy, dlatego wydostaliśmy się do Imlil jak najszybciej (do Asni 15Dr/os., do Imlil 20Dr/os.). W Imlil letnie, polskie powietrze. Cudownie. Śpimy w hotelu / restauracji Cafe Trafout - miejsce godne polecenia, a jutro ruszamy do schroniska Nelter. Wiem dlaczego Martin Scorcesse wybrał to miejsce jako 'imitacje' Himalajów w filmie 'Kundun', wielkość gór może konkurować z azjatyckimi olbrzymami. Nie robiłem zbyt wielu zdjęć tego ogromu, bo nad szczytami unosiło się lekko mgliste powietrze.

10 siepień

Wyruszyliśmy rano. Droga do schroniska Nelter okazała się nadspodziewanie długa. Zajęła nam 6-7 godzin. Po drodze dołączył się do nas samotny Szkot, jak się później okazało nie miał prawie nic. Nasza polska gościnność była wystawiona na poważną próbę. Położyliśmy się spać na bardzo obfitym w ludzi obozowisku, pod remontowanym schroniskiem Nelter.

11 sierpień

Wyszliśmy o 3 rano na Jbel Toubkal. Pogubiłem trochę szlak i przez to było trochę trudniej, bardziej męcząco. Doszliśmy na szczyt. Robiłem dużo zdjęć (jak się później okazało od Imlil definitywnie zepsuł się aparat). Pod samym szczytem czułem już brak normalnego powietrza. Dużo tu ludzi, a góry bardzo suche. Widok ze szczytu bogaty, lecz nie byliśmy tam długo, bo zbliżające się chmury były wielce niepokojące. Jutro wracamy do Imlil, niestety nie chodzimy za dużo po tych górach, nie idziemy nad jezioro D'Ifni.

12 siepień

[Kasia] Wróciliśmy do Imlil, pogoda przecudna. Postanowiliśmy sobie pojeść i kupiliśmy ziemniaki i cebule. Niestety nie było normalnego mleka, tylko mleko w proszku. Jedzonko było wyśmienite, a na kolacje zamówiliśmy u gospodarzy kuskus. Porcja jaką nam zaserwowano była ogromna i nie do zjedzenia, niestety dobre to to nie było, gdyż ogromna ilość kaszy pszennej z trzema kawałeczkami mięsa i warzywami przypominała nam bardziej jedzenie dla Astra (pies Wojtka), a nie dla ludzi. Najgorsze było przed nami, albowiem zapłaciliśmy za to 80Dr. Ale nic to, Imlil pozostanie nam miłe w pamięci, wieczory były cudowne.

13 sierpień

Z samego rana tzn. ok. 10 wyjechaliśmy z Imlil do Marakeszu. Marakesz to niezwykłe miasto, nie dziwię się, że przyciąga turystów. Ma piękny plac Djemaa el-Fna, na placu wieczorem odbywa się wielkie, barwne widowisko. Byliśmy tam wieczorem, spotkaliśmy, co jest nieprawdopodobne, parę Włochów poznanych na pustyni w Risani. Może zobaczymy się w As-Suwajrze.

14 sierpień

Ciągle w Marakeszu. Byliśmy w Muzeum Sztuki Marokańskiej - Dar Si Said. Warto tam pójść. Dzień na spokojne zwiedzanie. Wieczorem byliśmy w kościele katolickim na mszy, niestety po francusku (ale co się okazało był tam ksiądz mówiący po polsku tylko teraz przebywał na wakacjach w USA). Niesamowite przeżycie poza samym sacrum oczywiście. Kościółek był zamknięty, msza odbywała się w miejscu, w którym panował klimat palmiarni. Wieczorem kładliśmy się spać bardzo zmęczeni.

15 sierpień

Niedziela. Kupiliśmy bilet do As-Suwajry. Dopiero na 14:30. Mamy do czekania ponad trzy godziny na dworcu. Polak potrafi.

18 sierpień

Jesteśmy w As-Suwajrze już trzeci dzień. Miejsce inne od dotychczas zwiedzanych w Maroku.

19 sierpień

Byliśmy na plaży po jednodniowej przerwie, bowiem we wtorek spiekłem brzuch i ramiona. Woda w oceanie dość zimna, ot taka jak w dobre dni w Bałtyku. Fale są spore i emocje przy baraszkowaniu również. Spotkaliśmy wszystkich dotychczas poznanych Włochów- jak małe jest to Maroko. Jedliśmy obiad w niesamowitej knajpce 'Snack Traa'. Malutkie pomieszczenie, właściciel wielce pogodny w usposobieniu robi tadżina na poczekaniu i, to nie sugestia, jedzenie jest pyszne. Mały pomocnik krząta się zaangażowany Postaramy się przesłać gospodarzowi kartkę, bo posiada rzadko spotykane w Maroku pogodne nastawienie. Woli sam stracić niż kogoś naciągnąć. Oto jak tam trafić:

Kończymy pobyt w As-Suwajrze. Jutro CTM o 10:30 wyjeżdżamy do Casablanki a stamtąd do Tetuanu. Tam chcemy zakosztować Morza Śródziemnego. Podsumowanie wrażeń z As-Suwajry jest trudne. Jedno jest pewne jest to windsurfingowy raj. Plaża również piękna.

21 sierpień

Sobota. W As-Suwajrze nam się tęskniło do zmian, nowych wrażeń. Dzisiaj było ich od groma. Znów po kolei. Z As-Suwajry wyjechaliśmy ok. 11 (75Dr/os.) W Casa byliśmy ok. 18:00 a autobus do Tetuanu był ok. północy. Pochodziliśmy wieczorem po Casablance, cóż wielki świat, piękne hotele. Ciekawe jak znajdują się w tym normalni, przeciętni Marokańczycy. My wieczór spędziliśmy miło i z wrażeniami (mała stłuczka auta ze skuterem, po czym gość ze skutera rzucił kapciem w kierowcę BMW oraz bar w klimatach Monthy Pythona z obsługą dziecięcą). Potem autobus o 0:15 (11Dr/os.).

Lecz bal zaczął się dziś. Potrzebowaliśmy ok. 200Dr., więc po przyjeździe do Tetuan o 5:30 (nie tak znów brzydkiego) poszedłem wyciągnąć z konta pieniądze... a tu się okazuje, że nie! Dużo by o tym gadać - po około 4 godzinach chodzenia, sprawdzania wyszło, że konto VISA mam zblokowane, a cała nadzieja w dolarach na czarną godzinę. Idioci w kantorze wymieniają niestety cały banknot (tutaj 50$). Lepiej chyba jeździć z dolarami przy duszy. Teraz jesteśmy w Martil. Mało tu miejsc noclegowych (pensjonat BADIA nie działa), za to dużo tubylczych turystów. Morze dużo cieplejsze od oceanu, ale przez ilość taplających się trochę przy brzegu zamulone. Jutro spróbuję z maską.

Wieczorem byliśmy na meczu piłki nożnej tutejszej drużyny z 'niebieskimi'. Było ciekawie. Widzieliśmy jedną poprzeczkę, słupek no i bramkę. Potem zaczął się afrykański show. Jeden z niebieskich podciął miejscowego. Dostał czerwoną kartkę. Nie był zadowolony z decyzji sędziego. Ktoś z trybuny rzucił mu jakieś hasło i się zaczęło. Piłkarz jak w transie zaczął gonić po całym stadionie, a także po widowni, gdzie rozdawał kopniaki na prawo i lewo. Zrobił się tumult. Ludzie zaczęli uciekać ze stadionu, my też. A potem cichaczem wróciliśmy, ale było już po meczu.Czy ktoś powie, że był to mało atrakcyjny dzień?

Podsumowanie

Kraj wart zwiedzenia w ramach co najmniej trzytygodniowej wycieczki. Trudna jest ogólna ocena wrażeń, już nas dwoje prezentuje różne oceny całej podróży. Trudno nawet starać się być obiektywnym. Po prostu lepiej pisać o pozytywach.

Plus to niewątpliwie As-Suwajra i atlantyckie wybrzeże, to Fez ze starą, średniowieczną mediną, gdzie nie zauważa się nastawienia na turystów, i na koniec: Marakesz z niesamowitym placem Djemaa el-Fna i 3 dniowa wycieczka deptakiem na Jbel Toubkal - 4167m - coś w rodzaju Rysów z Zakopanego.

To koniec marokańskich wrażeń, ale nie koniec podróży...

AUTOSPOPEM DO HISZPANII

28 sierpień

Wreszcie w Lloret de Mar - Hiszpania!

Autostop zaczął się w poniedziałek po przeprawie granicznej w Ceucie (dużo gorzej i dłużej niż w Melili) oraz przepłynięciu cieśniny Giblartarskiej. Zaczął się pomyślnie /niepomyślnie. Pomyślnie, bo w Algericas działała karta VISA, niepomyślnie bo machając 2,5 godziny nie złapaliśmy żadnego stopa.

We wtorek długo musieliśmy machać, aby skokami ok. 30-40 km dojechać do Juonceroli pod Malagą. Potem zaczął się koszmar. Wąską dwupasmówką, bez poboczy, droga tuż nad brzegiem morza, bogactwo wybrzeża Costa del Sol, tym bardziej, że my przepoceni, zmęczeni po koszmarnej nocy w Algericas (pod stacją benzynową). Z Juoceroli pojechaliśmy komunikacją miejską do Malagi, bo stop na tych nadmorskich bulwarach nie miał racji bytu.

W Maladze postanowiliśmy dojechać do Barcelony pociągiem lub autobusem, bo po naszych doświadczeniach dwudniowych stop przestał być atrakcją (pomysłem na podróż po Hiszpanii). Pociąg odpadł bo bilety do Barcelony były wykupione na 2 dni naprzód. Pozostał autobus 8500pta/os. Trudno. Byliśmy zdecydowani. A tu ta p......... karta przestała znowu działać. Spaliśmy w parku miejskim, aby rano wrócić do łapania stopa. Druga noc nieprzespana (ok. 2h snu). 'Dobry' podkład pod łapanie stopa. Szliśmy ok. 5 km, aby wyjść z Malagi, a tu nic ciągle to pieprzone turystyczne Costa del Sol. Ciągle ta droga bez poboczy i brak widoków na poprawę sytuacji, a gdzie ta Barcelona?!

Podjąłem decyzję, która miała zaradzić tej beznadziei. Wróciliśmy do centrum Malagi i dalej do Antequery. Dlaczego? Bo tam była autostrada, nie turystyczna. Dobrze zrobiłem. Wiele też było szczęścia i dobrej woli pojedynczych Hiszpanów. Jeden zasługuje na wzmiankę. Kasia nazwała go Irek (bardzo przypominał jej kolegę z pracy). Irek to żywioł o podwójnie gołębim sercu. Z Antequery, gdzie do autostrady były westernowe przestrzenie, zabrał nas do Loja i wysadził na stacji przy autostradzie. Ciąg dalszy był już bardziej zwarty, dograny. W ten sam dzień byliśmy 100km za Almerią. (Jeden stop z parą nawaloną trawką, uff... nie chciało mi się w ogóle spać). To była środa. Spanie na wielkim parkingu na stacji benzynowej przy autostradzie w namiocie. Cudo! Spaliśmy do ok. 10:00. Wreszcie się wyspaliśmy. We czwartek rano zagaiłem do niby-Portugalczyka. Jechał do Valencji, ale po drodze miał rozładunek w Mazzarone (ok. 2h). Nasze zezowate szczęście uśmiechnęło się do nas. Zamiast efektywnego stopa mieliśmy zwiedzanie plantacji pomidorów, bo się Hiszpanom nie spieszyło do rozładunku. Gość był rozładowany o 15:00. Cholera. Dojechaliśmy ok. 100km za Murcie. Drobny stop i byliśmy na najgorszym miejscu do łapania stopa. Pomniejszy wjazd na autostradę, mało miejsca dla kogoś kto miałby się zatrzymać. Źle kładło mi się spać w ten czwartek. Został przecież tylko piątek i trochę soboty - a my pod Alicante 550km od Barcelony.

Piątek rano. Machaliśmy długo. Nie mogliśmy wybrzydzać. Musieliśmy machać.

Po ok. 1,5h zatrzymał się peugot. Jakie szczęście nam sprawił tym zatrzymaniem. Powiedziałem, że chcielibyśmy jak ale przynajmniej do parkingu autostradowego. Zawiózł nas na parking pod Alicante. Duży parking.

[Kasia] Na parkingu było mnóstwo Marokańczyków, dużo aut i była czysta ciepła woda. Poszliśmy się 'wykapać', zaczynało nam się lepiej machać, przekąsiliśmy coś, bo żołądki trochę się poluzowały. Wojtek poszedł pytać 'tirowców' o podwiezienie, ja z uporem maniaka machałam. Jeden gość-tirowiec by nas wziął (Holender) niestety miał zepsute auto, czekał na część już 6 dni. Pozostało nam machać, no to do roboty.

Nagle zatrzymał się niski, korpulentny gość swoim fordem escortem, był bardzo miło do nas nastawiony. Okazało się, że wraca z wczasów z Maroka i jedzie do Włoch, był Sycylijczykiem, najchętniej to zabrałby nas do siebie - TO BYŁ NASZ ZBAWCA. Bardzo miło cały czas z nami rozmawiał łamaną angielszczyzną, wysłuchał naszej historii i sam opowiadał nam o sobie. W pewnym momencie zatrzymał się i zaprosił nas na obiad - ja zjadłam makaron z żółtym serem, Wojtek uniósł się honorem i 'sączył' coca-colę. Gdy wróciliśmy do auta słuchaliśmy Andrea Boccelliego, przy jego głośniejszym śpiewaniu, nasz Sycylijczyk przyśpieszał a przy balladowych kawałkach jechał tylko 120km/h.

Zbliżaliśmy się do końca naszej podróży i robiło nam się trochę smutno, że musimy się rozstać. Na pożegnanie dostaliśmy melona, który został skonsumowany w oczekiwaniu na kolejnego stopa (ok. 14km od Lloret de Mar). Chyba mieliśmy szczęście do miłych ludzi w tym dniu, po niedługim czekaniu zatrzymał się młody katalończyk - Hiszpan mówiący z francuskim akcentem, miał jedno siedzenie w swoim jeep'ie ale to nie przeszkadzało mu nas zabrać. W końcu dojechaliśmy do 'wymarzonego' Costa Brava... ale prędko tam nie wrócimy.
 
Anezi
Hotel **** HB
Cena: 2369 zł
07.06 - 14.06
Tagadirt
Hotel *** HB
Cena: 2023 zł
16.03 - 23.03
forum MAROKO
FORUM [MAROKO]