Mapa strony
 
0,49 zł/min z VAT
Wybierz region
do
Wyjazd od
zł/os.
do
Cena od
 
 
Znajdź swoje
dodaj wspomnienie
Dodaj wspomnienie!
Podziel się swoimi
wrażeniami
z wycieczki
Oceń
 
 
 
 
 
 
Średnia ocena
nie oceniono
Maroko ... dalej tylko Sahara.
autor: Zbowid<BR>sp3xbq@poznan-l.ampr.org
dodane: 2000-09-20
termin-wycieczki: 1998
Maroko jest krajem na prawdę wartym zobaczenia. Ale jak każdym kraju wysokorozwiniętym, jak Wielka Brytania, USA :) wymagana jest wobec Polaków wiza turystyczna (wjazd i wyjazd, ważna miesiąc od wjazdu, jak Jugosławia). Można ją zdobyć za 50 PLN w ambasadzie, pokazując opłaconą rezerwację hotelową i bilety lotnicze względnie imienne zaproszenie - pamiętacie czasy NRD-owa.. Podobna biurokracja. Myśmy wykupili toto w jednym z biur podróży, od ręki za 255 PLN. Ot, Polak potrafi.

Najlepiej dostać się do Maroko przez hiszpańską enklawę Ceutę, płynąc promem przez Cieśninę gibraltarską z Algericas (chyba że komuś niestraszny Tanger, najniebezpieczniejsze miasto tego sympatycznego i barwnego kraju (choć to może bardziej odcienie ochry, sieny, beżów, brązów i szarości raczej niż kolory tęczy.)

W Algericas bilety na prom są wszędzie, u rzeźnika także. My kupujemy je już wcześniej, na autostradzie w Hiszpanii, (są dwie kompanie promowe!) dostając przy okazji gratis bon na 25 l benzyny, do zatankowania w Ceucie (7500 PTA za autko, 1700 PTA za osobę, 100 PTA - 2,5 PLN) Prom płynie 2 godzinki, barek, telewizory. Po ciemku lądujemy w Ceucie. Gwar, szum, setki ludzi, muzyka. Jakiś jarmark? Nie, tu tak zawsze! Parę pałacyków w stylu kolonialnym (nieźle!), ładny deptak. Śpimy za ostatnim rondem, rano ruszamy na granicę.

Ścisk, zamieszanie, choć ranek (w Ceucie jest czas +1h). Jakiś koleś wita nas gorąco i wylewnie w Maroko. Chce pomóc. Gdzieś prowadzi. Chce sprzedać jakieś blankiety. Zaczyna się. Maroko. Inny, w jellabie w paski go płoszy, chłopaki idźcie do okienka nr 4! Biurokracja jak za Gierka, najpierw zielona karta rejestracji pojazdu, żółta wjazdu dla pasażera, biała wjazdu dla kierowcy (druczki gratis) UFF. Gdyby nie koleś w paski i znajomość łamanej francuszczyzny, (bo angielski w Maroko jest równie przydatny jak zimowe futro..) nie przeszlibyśmy do południa! Obok ktoś wwoził z 200 kg mortadeli. Celnicy wygrzebywali mu z mesia-beczki tą mortadelę chyba z 10 minut.. nawet zapasówkę miał całą w mortadeli..

Po stronie marokańskiej - sznur samochodów na granicy. Chyba z 50 taxówek, tanie i powszechnie używane (potwornie zdezelowane mesie-beczki) na postoju i uwijających się wokół. Tu są 2 rodzaje taxówek, miejskie, petit taxi, tylko po mieście, 'koedukacyjne', za ok. 8-15 DR i daleko dystansowe, zawsze mercedes 'beczka', pamiętający zwykle czasy ojca kierowcy, międzymiastowe, też 'wspólne', za 20-40 DR (10 DR - 4 PLN) Autobusy widziałem przez dwa tygodnie 3 sztuki.
Przestawiamy zegarki na (+2h), czas pokładowy pozostaje polski..

Jedziemy na południe, Na Tetuan, przez górki i pagórki, nad doliną rzeki, malowniczo przecinającej horyzont. Niesamowite kolory, intensywniejsze, żywsze, prawdziwsze! Dalej krętą drogą pośród wzgórz na Larche, okolica niby bezludzie totalne, ale to taki lud pustyni i skał, że gdy stajemy z tzw. większą potrzebą za jakimś odludnym zakrętem, nawet nie zdążywszy się porządnie skupić nad ową potrzebą, usłyszałem zza skałek coś, jakby 'hello Batman!'.. Znaczy, pozdrowienie tutejsze, jednocześnie chwałę Panu głoszące: Ałłach akbar! Można odpowiedzieć też: Salem Allejchemm! Przy drogach stoją co krok ludzie. Czekają na taxi! Czasem, szczególnie na północy, trafia się zwolnienie do 40 i do 20 km/h.. Nie olewaj! Zaraz natrafisz na jakiś mundurowy patrol! (A szarży i mundurów naliczyliśmy chyba z osiem) Z Larache płatną (30 DR) P2 do Kentiry.

Pierwszy raz wchodzimy do ciasnej, zatłoczonej, handlowej mediny (to taki ichny Stary Rynek). Króluje europejska starzyzna z 3 obiegu, (magnetofon po ojcu teścia) oraz regionalne jedzenie, potwornie śmierdzące w skwarze południa, ale smaczne, np. szprotki z grilla, czy coś jak placki ziemniaczane z rybą. Pięciolitrowe, pomarańczowe butle po oliwie, jako bułaki na wodę, RULeZ! To wszystko tworzy niesamowity, niepowtarzalny klimat Maroka. No i herbata. Thee a'la mint. Miętówka. Chińska herbata parzona z miętową, podana ze świeżymi liśćmi mięty i co najmniej pięcioma kostkami cukru (dodatkowo, bo podają posłodzoną, 4 łyżeczki..) Podawana w czajniczku, do nalewania samemu, tradycyjnie, z wysoka, tak żeby powstawała piana. Sączona leniwie przy stoliku w cieniu kasby, lub w skwarze afrykańskiego południa na suku, (targ), parzona na krowim nawozie przez bezzębną babkę (ni w ząb po francusku), smakuje znakomicie! (2-5 DR)

Wszędzie ulice są brudne, zaśmiecone, pełne czarnych foliówek smętnie przelatujących jezdnię, papiery, smród i gnicie. Kosz jest wszędzie, śmieci rzuca się na ulicę. Larache - Miasto nad zatoką, walący się od morza potężny mur mediny, złomowisko - wrakowisko i plaża obok robią wrażenie. Na plażę dojazd łódkotaxi, kursującymi przez zatokę tam i na zad. Ponownie zamawiamy w kafeji 'berberyjską łyski', miętówkę, pita gorąca, w wąskich, wysokich szklankach z długimi łyżkami. Dobra. Niesamowita.

Ciągniemy do RABATU - stolica. Jak zwykle błądzę po ulicach. Docieramy do meczetu Hassana, drugiego co do wielkości po Mekce, ale nigdy niedokończonego. Wieża Hassana, Sarkofag Mohameda V, honorowa straż konna. Uliczny sprzedawca wody w stroju regionalnym. Fontanny. Przy jednej z nich, poznajemy, wsłuchaną w cichy szmer płynącej wody, Raszidę. Nie dość, że po angielsku płynnie umie (!), jest sympatyczna, a na dodatek godzi się powłóczyć z nami i pokazać fajne i warte zobaczenia miejsca Rabatu.

Pijemy coś chłodnego na kafeterii - stateczku, niczego sobie urządzonej, w ciekawym zakolu rzeki, gawędzimy (ładna pogoda dzisiaj, słońce nie świeci! [sic. Afrika.]) Później zwiedzamy Medinę, ciekawą i nie zatłoczoną, grajek w czapce z muszelkami i kastanietową regionalną grzechotką daje szoł, kręcąc młynki i robiąc kupę hałasu (3 DR). Z mediny, z tarasu z galeryjkami i wykuszami otwiera się widok na zatokę i Sale - dawne miasto afrykańskich piratów, pustoszących wybrzeża aż po Ceutę.

Później odwiedzamy tarasowe, "wiszące ogrody", żywy zabytek - pomnik, z wieloma gatunkami unikalnych kwiatów i roślin, palma daktylowa, bananowa, kamelie, rododendrony, jaśminy, studnia i sadzawka ze złotymi rybkami, spokój i cisza zarośniętych ścieżek, całość otoczona wysokim, brunatnym murem, przez które nie przenika gwar centrum miasta. dalej, lokalny suk, z tradycyjnymi dywanami i wyrobami lokalnego i berberyjskiego rzemiosła. (płatne również kartą Visa :) Raszida nie wchodzi głębiej, tam kobietom wolno wejść tylko tradycyjnie ubranym, w jellabie, a nie w bluzeczce do pępka.

Na koniec jedziemy do Temary, na tutejszą, nawet ładną i lux (jak na Maroc..) plażę - basen, hotel, boisko koszykówki (R. love this game, plays everyday), ale bez pryszniców.. Po walce z falami i zachodzie słońca, wykąpani na zapas, odwozimy Raszidę do domu (if you hear my voice, that father kills me, ze wracam po zachodzie do domu!) Faktycznie, po zmroku żadnej kobiety na ulicy nie uświadczysz.. Przy okazji na własnej skórze doświadczam, że tutejsi policmani nie cierpią, gdy się startuje z piskiem opon.. Z założenia wtedy mandacik 400 DR za przekraczanie nieistniejących przepisów, ale jakoś się daje dogadać. Nie mi, to chyba jej uśmiech (they are friends of my brother & :), dzięki Raszida.. Cóż ja za to mogę, że mam taki samochód? Wymieniamy się namiarami, coś souvenirowego na pamiątkę i odjeżdżamy w noc.Ranek zastaje nas w Casablance (autostrada 15 DR) zwiedzamy potężny, postawiony na morskiej ostrodze, o kt. malowniczo rozbijają się fale, Meczet Hassana II - robi wrażenie wielkością, mnogością i jakością wykończeń, pomysłem i nowoczesnością w tradycji.. Wielkie, kute, ale dopiero od wewnątrz widać, że faktycznie b. lekkie, bo ażurowe drzwi. Meczet używany głównie przez turystów, jako jeden z dwóch na świecie, gdzie wolno wchodzić niewiernym. Cena też wyjątkowa.. (100 DR) Chyba warto sobie darować.

Łazimy trochę po medinie, wciskając się w wąskie uliczki specjalite, czyli klanów z danej, rzemieślniczej branży (plomberie, painterie, krawcy, tkacze), mijamy stada dzieci, z tacą na głowie, pędzących do piekarni z wyrobionym ciastem chlebowym (chleba się w piekarni nie kupuje, tam go się wypieka!) U wejścia do mediny, obok wysokiego lux hotelu, zawsze czynny kantor, no commision. Po winogronie (6 DR je kilo), czas na kartki do domciu (znaczek 6 DR, skrzynki lokalne i zamiejscowe) wypisujemy przy placu z potężną fontanną, gdzie kipi i kłębi się lokalne życie. Po zmroku większa część centrum obstawiona jest przez panienki, ponoć to jedyne miejsce w świecie arabskim, gdzie wystają na ulicy.. Niesamowite wrażenie robi, gdy od tygodnia człowiek ni kobiecej kostki u nogi z pod jellaby nie ujrzy, a tu smagłe nogi, mini, skora, rozcięcia i sznurowania.. I ta biżuteria, hm, tak tez można wpinać.. Nu zajac, pagadi. (dla chętnych, ceny porównywalne z naszymi).

Dalej prujemy zachodnim, oceanicznym wybrzeżem. El - Jadida. Gdy błądzimy, szukając mediny, zagaduje nas człowiek, leci po córkę (ona panie umie angielski) i pilotują nas na miejsce! Medina czysta, jasna i spokojna, częściowo portugalska i muzułmańska (meczet i kościół kat, obok siebie!) Zwiedzamy sławną, 500-letnią cysternę na wodę (10DR, główna ulica, żółta tabliczka po lewej): dziś 8cm, ale bywa i 3m, pod sam sufit, powiada przewodnik po europejsku (znaczy, po francusku, aaa, Polonaise?), zna wiele ciekawostek i faktów z dziejów miasta. Wszelkiego dobrego, słyszymy na pożegnanie.

Na suku, tuż za murem, akurat dzień targowy. Starocie, lumpex, przyprawy, miejscowe wyroby. Pijemy, siedząc na skrzynkach, tradycyjną miętówkę, przygotowaną przez lokalną, bezzębną (francuskiego ni w ząb) babcię kucharkę, na palenisku z gliny i krowim nawozie. (rzućcie chłopaki co łaska w fartuch.. 5 DR za czajniczek). Czuję się jak Dwukwiat.. Próbujemy chłodną kaszkę kuskusową, z kwaśnym, gęstym, kozim mlekiem, (nawet niezłe, ale o dość specyficznym smaku), ze sfatygowanej, porcelanowej miseczki (tu jeszcze nie dotarła 'jednorazowa cywilizacja'). Brodaty, zasuszony dziadek chlupie gdzieś w czeluściach białego (za jego młodości) wózka - barku i już mamy czystą miseczkę.. Kupuję piecyk (2,5 DR) do herbaty, ciekawe czy ktoś zgadnie, co to?

Dalej, mkniemy górkami, P8 i P9 do Marakeszu, na noc parkujemy pod jakąś rozlewnią gazu. Zjeżdża się stado TIR-ów, jeden z kierowców częstuje nas lokalnym piwem (hm, nie jest ortodoxem..) Nie jesteśmy dłużni, dostaje puchę 10,5 i 'Krakowską'. Arabski i Polski? da się pogadać.. (Wot, braterstwo!) Rankiem wyjeżdżamy i kotwiczymy koło murów potężnej, rozłożystej mediny (same mury mają 17 km), mijamy meczet (kule na czubku, dawna biżuteria żony sułtana.)

Na placu Hassana V jeden 'przewodnik' od razu rezygnuje (-i'm not the gay, only for english practice! -sorry, we don't buy nothing!), drugi, przy łyku soku z pomarańczy (wyciskany na miejscu, z lodówki, szklanka koedukacyjna), jest wytrwalszy.. Włóczymy się po rozległej medinie, zaglądamy do dzielnicy garbarzy: niesamowity widok, upał, smród jak diabli, liście mięty, smętne psy, arabska muzyka, kadzie garbarzy, szalone dzieci, rozczochrane palmy, spalona czerwień murów i uśmiechy, Japończycy robią w tył zwrot.., tkaczy: kilkudziesięciometrowe, różnokolorowe nici rozwieszone na wszystkim wzdłuż ulicy, wirujące bąki splataczy, stuk krosien, w jednym ze sklepów- warsztatów dziewczyna tka unikalny, całkiem biały gobelin z jednym, brązowym, owadzim motywem. -Nie macie chłopaki paru drobnych? (Allach nakłada obowiązek jałmużny, a opieki socjalnej tu nie ma!).

Zaglądamy też do piekarni: piec poniżej poziomu ziemi, stadko dzieci na zewnątrz, chleb naleśniokowaty, płaski, okrągły, dobry. Do hammamu, ihnej łaźni, para, woda, odprężenie, siedzi się do oporu za 6 DR. Targ zielny i berberyjska zielarnia, krokodyle i jaszczurki, wypchane u sufitu i żywe, słoje i fiolki z różnokolorowymi miksturami (here you can select what colour of your death you want) biały kameleon i feeria wschodnich zapachów, porykiwania osłów, klaksony motorowerów. Kupujemy szafran (są dwa rodzaje, spożywczy i barwiący), anyż, parę paczek mieszanki miętówki (100 DR+ 20 dola dla przewodnika)

Albowiem powiedz tylko słowo. Lądujemy w textylnym, tam przebierają nas za nomadów: w bieli jellaby i turbanie czuję się jakbym się w tym urodził.. Kurczę, pasuje do zarostu i karnacji.. W reszcie wiem, jak się wiąże turban. Znają się bestie na marketingu :) Częstują miętówką. Skutkiem czego, targując na 10% wydajemy kupę siana.. Ja macham kamerą, przewodnik taszczy siatki. Łukasz się zżyna: - cholerni oszuści! -I, tam oszuści, chłopaki lubią potargować, nie okradajmy ich z tego, w tym cała zabawa. Ich hasło: 'if you buy, or don't buy, we keep smile', strawestował bym raczej na 'if you buy or not buy, you will pay'
Wracamy przez targ mięsny, rybny, skórzany, na plac, gdzie tym czasem pojawili się sprzedawcy wody, zaklinacze węży, grajkowie, dziewczyna malująca henną, człowiek z małpą.. Przewodnik dyskretnie się zmywa, a my do samochodu i dalej w trasę, bo pod wieczór ceny robią się tu zbyt europejskie..

Jedziemy na południe, Asni, Timil, Tamatert. Droga początkowo przez wioski, zakręty i zakosy, wspina się przez czerwone skały, złomy, gołoborza i wąwozy, gdzie na pewno żyją jeszcze smoki. Muszą.

TIMIL - Droga przechodzi w tłuczeń, a często po prostu w kamieniste dno strumienia, brzegiem porosłe setkami orzechów włoskich. Tu nie docierają nawet grand taxi, parę razy jedzie jeep (10DR). Klima się zapchała od pyłu, kt. wycieraczki zgarniają z szyb.. Na kamieniach poszedł tylko katalizator, i tak do wymiany od roku :)

Parkujemy w Tamatert (1700mnpm), pokrzepiwszy się ulubionym soczkiem z pomarańczy (8 DR, gr..) na tarasie widokowym tutejszej Słonecznej knajpki (Le Soleil), pakujemy się i wiedzeni przez lokalnego Wieśka robimy pierwsze podejście, na 3100. Nocleg w schronisku, (60 DR) leżąc na boku (brak miejsc..), pomiędzy dwoma Turkami i Szwedem. '10,5' na sen.. PSsss.. Ogólne ożywienie, wszystkie głowy w górze! Sorry, I have only one.. Gospodarz oferuje mi za nawet otwartą puszkę 10 DR. A wszystko przez to, że w Maroko się nie pije, (Allach zabrania!) i nie uświadczysz nigdzie sklepu z browarkiem ni czymś mocniejszym! (Są tylko w droższych hotelach, dla zagraniczniaków).

Rankiem ruszamy piargami na szczyt. Dzikie, kamienne zwaliska, trochę chmur, siklawy i strumienie, a w nich pobrzękujące wesoło na sznurku butelki chłodnej Coca-coli (tubylec zza krzaka, 12 DR, ale można handlować, mile widziane baterie, antybiotyki o szerokim spektrum działania, aspiryna, latarka, ubrania, polar, można wymienić za piękne półszlachetne kamienie, jatagany, wyroby i ozdoby ze srebra, a nawet żywego gekkona czy inną kolorową jaszczurę.) Po drodze brodate kozice pasące się na kamienistych nibyłączkach, zaledwie parę metrów od ścieżki. Oddychamy 2x szybciej, Łukasza zegarek powiada, że mamy ciśnienie 0,6 atmosfery. Fajnie, Cola się przydaje.

Wreszcie szczyt, Ibel Toubkal, 4200. Na rusztowaniu, tabliczkach dziesiątki podpisów, o, nasi.. Rychu i Łysy. przybył jeszcze jeden.. 'Zbowid też tu wlazł!'. Marakeszu niestety nie widać, chmury. Czasem się pono udaje, to tylko 30 km. W ramach odpoczynku klepię krótkie, wiedźminskie opowiadanko.. Cóż, pora wracać, późnym popołudniem jesteśmy w autku i prujemy dalej górskimi drogami.

Drogą tysiąca zakrętów, Tizi-n-Tichka, przez górskie przełęcze, (2260) gdzie księżyc, gwiazdy, słońce w jednym akcie, z mgły chmur u stóp wyłania się zawiła serpentyna drogi z pełznącymi robaczkami malowanych ciężarówek, obok mrocznych wąwozów o wypolerowanym przez wodę dnie (Postój max minutę, totalna głusza, nigdzie znaku ni kurhanu, ale z nikąd, ze skał wyrastają ludzie, starcy i młodzieńcy, szepcząc: panie kup pan jaszczura w koronie, a może śliczną geodę z czerwonymi kryształkami?)

Docieramy do Ourzazate, centrum regionu. Banki, kantor, super market (o rany, market? Pierwszy jaki widzę..) Turystów poznaje się po krótkich nogawkach, tubylcy chodzą zawsze w długich spodniach i koszulach, raz, że Allach każe ciało okrywać, dwa, że słonko tak nie pali.. Nie chcąc odstawać, zawdziałem ubranko służbowe, lekarski garnitur i spodnie, biały, wygodny i chłodny, a sympatię wzbudzający. Benzyna tu już droższa, (zielona 7,6 DR, tylko w Total-u), nalewacz bije akurat pokłony w kierunku Mekki, klęcząc na tekturze falistej obok dystrybutora. Czekamy, nikt nie trąbi, tak trzeba. za chwilkę mamy nalane pod korek i w drogę.

Wjeżdżamy w Dolinę Draa' . Pradolina rzeki, szeroko rozlewającej się porą deszczową, (jeszcze 30 lat temu żyły tu krokodyle..) teraz wije się malowniczymi meandrami i zakolami wśród setek, tysięcy zielonych, soczystych palm daktylowych, w oddali majaczy na tle palm i Draa chyba najsławniejszy szczyt Maroka, typowo pocztówkowy widoczek. Oczywiście od razu jesteśmy oblepieni.. Mysje, kup koszyczek daktyli, za miesiąc dojrzeją i będą słodziutkie! Faktycznie, to stąd właśnie pochodzą najlepsze na świecie daktyle. Przegryzam jednemu ze sprzedawców tętnicę szyjną powierzchowną lewą i jedziemy spokojnie podziwiać dalej dziesiątki kasb, palmy, zakola i skaliste zręby ścian pradoliny..

W Zagorze robimy sobie pamiątkowe fotki pod sławną tablicą 'Timbuktu - 52 dni drogi z karawaną wielbłądów', już trochę historyczną w czasach pożeraczy przestrzeni na ropę. Za Tamegroute już zaczyna się Sahara, najpierw szaro czerwone skałki, bez jednego krzaka, później buro brunatny, kamienisty step, niepostrzeżenie zamieniający się w wysokie piaszczyste pomarańczowe diuny. Zjeżdżamy dróżką (piach i piramidki kamieni zaznaczają drogę) w głąb, chcemy nabrać piachu na pamiątkę do domu.. Oops, parzy, trzeba łopatą. Acha, i plastikowa butelka po Nałęczowiance się stopiła..:(

Winszujemy sobie wycieczkę (cena: 2 kasety magnetofonowe..) na drących się w niebogłosy podczas wsiadania wielbłądach, najpierw pod górę, później krawędzią diuny w głąb piasków, zawijasy i kluczenie w dół kłusem. Niezbyt przekonujący pojazd, sztywne zawieszenie i stabilizacja trochę jak na górskiej kolejce. Świat z grzbietu wielbłąda jest inny. Dzikszy, jakby wolny. I trochę obok.. Lądujemy w Oa-Zis, sklepiku stylizowanym na mieszkalną kasbę, (klucz wisi za palmą) z charakterystycznym labiryntowym wejściem i kwadratowym, centralnym otworem w dachu. Qrczę, jak tu chłodno! Różnica chyba z 10 stopni! Nic to, że wszędzie łażą mrówki.

Bierzemy prysznic (ha, motopompa!), popijamy miętówką i bierzemy się za praktyczną realizację 'biznes deseart - some change, some pay' Zostawiamy rambonóż, fotoidiotenkamerę, stare Levisy, Doxycyclinę, piankę depilującą i parę dupereli hi-tech za jatagan, naszyjniki i 2 srebrne bransolety.. Niesamowicie wygląda pustynny Murzyn w saharyjskiej oazie, piszący na skrzynce po amunicji fakturę z pieczątką.. Se-La-Vi..

Jeszcze tylko kawałek na południe, skalistą Saharą, przez przełęcz, docieramy do M'hamid. Wąska, skalista, wąska i popękana, rachityczna asfaltówka tu nam się kończy. Dalej już tylko jak okiem sięgnąć, żółto beżowe i żółte piaski i diuny Sahary.

Pora wracać. Przez Ouzazate, dalej, doliną żyzną DADES pełną kasb i palm daktylowych, b. wąską drogą, do AR-RACHIDA (hm, pachnie orzeszkami ziemnymi, właśnie trwają zbiory, a raczej wykopki..), to tu spływają do wielkiego, rynnowego jeziora wszystkie okoliczne górskie i pustynne rzeki, malownicza okolica Ziz (antylopa) aż pachnie wilgocią i miętą. Po tylu dniach skał i pustyni czuje się zapach wody w powietrzu!

Na północ od Azrou wjeżdżamy w stare, cedrowe lasy. Niesamowity widok, potężne, powykręcane górskim wiatrem, potrzaskane przez pioruny, czepiające się skał rosną niebieskozielone cedry. Znak przemijania i moc trwania. I tylko czasem świerszcz. Przemykamy stokami i wąwozami, gołoborza na kt. pasą się czarne i rude kozy, czarne, jutowe namioty pasterzy. Jak przed wiekami.. Noc, nigdzie świateł, cisza głucha. Nocujemy tu? Ta. Jemy kolacje, a człowiek drogą idzie wśród nocy.
-Cześć chłopaki, smacznego, skąd jesteście, dokąd jedziecie, A może chcecie nocleg, bo ja tutaj obok zaraz mieszkam? Yyy... Murowana, kamienna kasba, nocleg nawet ze śniadaniem. (60DR)

Przelatujemy MEKNES bez podziwiania, robimy zakupy w Souk el Arba: nieśmiertelna woda pitna 'Sidi-Dali', (5 DR) b. smaczna, starcza do samej Polski :) i lecimy poprzez TETUAN do Ceuty.

Granica - teraz już tylko zagmatwana kolejka, zgiełk i bród granicy, cinkciarze, przemytnicy i taksówkarze, fałszywi inwalidzi, handlarze.. Trza wypełnić 2 małe karty wyjazdowe, okienko nr 4, odprawa autka, cło: tutejszy Reksio obwąchuje samochód, węsząc za haszem. Wielkie łomy i śrubokręty leżą spokojnie na ławie celnika. -Skąd? Gdzie pracuje? Aa. Jedźcie. Uff, nie zaglądał w rozpruty katalizator :) Mijamy tabliczkę z gwiaździstym kołem. Jesteśmy wreszcie w United Europe.
 
Golden Beach
Hotel **** BB
Cena: 2183 zł
06.04 - 13.04
Royal Atlas & Spa
Hotel ***** HB
Cena: 2449 zł
08.06 - 15.06
forum MAROKO
FORUM [MAROKO]