Mapa strony
 
0,49 zł/min z VAT
Wybierz region
do
Wyjazd od
zł/os.
do
Cena od
 
 
Znajdź swoje
dodaj wspomnienie
Dodaj wspomnienie!
Podziel się swoimi
wrażeniami
z wycieczki
Oceń
 
 
 
 
 
 
Średnia ocena
nie oceniono
Maroko 2003
autor: Łukasz Stoncel
dodane: 2005-06-01
termin-wycieczki: 2003
Dojazd do Hiszpanii

Plan był prosty pociągiem dostać się do Zgorzelca i potem już stopem (najlepiej TIRem) do Hiszpanii, gdzie pracowali i mieszkali nasi znajomi. Niestety konduktor się pomylił i wylądowaliśmy gdzieś w Niemczech. Po 2 godzinach łapania stopa dostaliśmy się do Drezden. Tam pierwsze śniadanko w naszej wspaniałej podróży i pierwsze kłopoty ze złapaniem stopa. Kilka godzin i już jedziemy dalej. Przejazd przez Niemcy nie sprawił już nam większych kłopotów. Pamiętajcie najlepiej łapać ludzi na stacjach benzynowych, bo rozmawiając w cztery oczy raczej nie odmawiają. Francja już nie była taka wspaniała jak Niemcy, bo kilka razy posłuchlismy kierowców i nie wysiedliśmy tam gdzie chcieliśmy i niestety musieliśmy to odpokutować siedząc w 40o upale i czekając na zmiłowanie kierowców. Niestety nie doczekaliśmy się i po małym obiedzie zabraliśmy plecaki, (które nawiasem mówiąc nie były lekkie, bo ważyły odpowiednio 37kg i 27 kg) i poszliśmy ponad 2 km na stacje benzynową. Tam złapaliśmy słowackiego kierowcę, który przewiózł nas prawie 400 km. Kolejna noc w terenie, ale zawsze jest już bliżej Hiszpanii. Reszta podróży jakoś minęła i wreszcie po 70godzinach jazdy dotarliśmy do Salou gdzie mieszkali nasi znajomi.

Wspaniała przygoda

Dociera do nas trzeci podróżnik i zaczynamy wspaniałą tułaczkę po południowej Hiszpanii i Maroku. Ruszamy pociągiem i już na samym początku niespodzianka. Pomimo tego ze mamy bilety Interrail to musimy dokupić miejscówki, które kosztują 6 EUR. Oczywiście jak to w Hiszpanii bywa, kasy już są zamknięte i niestety nic nie wskazuje na to, że będziemy mogli jechać dalej. Jednak wsiadamy do pociągu i tak jak się spodziewaliśmy konduktor wysadził nas na następnej stacji jak była. Nie do końca wiemy gdzie jesteśmy, ale z rozkładu, który wcale czytelny nie jest, dowiadujemy się, że następny pociąg będzie koło godziny 7.Pozostało nam tylko rozłożyć śpiwory i spać koło stacji.

Pierwszy przystanek Walencja. Wspaniałe miasto i aż strach, że mogliśmy je ominąć. Wąskie uliczki wspaniały park z mnóstwem fontann. Wspaniały kompleks nowoczesnych budowli, w których mieszczą się muzea techniki i oceanarium. Pomimo wygórowanej ceny(ponad 20EUR) za wejście do oceanarium postanowiliśmy zaszaleć i wejść do świata ryb i wszelkich morskich stworzeń, ale było warto.

Następny przystanek to Granada. Po nocy spędzonej w jakiejś mieścinie zapomnianej przez Boga i pysznym śniadanku ruszamy pociągiem dalej do Granady. Docieramy tam koło godziny 14, niestety już jest zbyt późno na jakiekolwiek zwiedzanie. Tak jak było napisane w przewodniku na zwiedzanie Alhambry jest tylko 7777 wejściówek. Można je zarezerwować przez telefon, ale niestety trzeba posiadać kartę kredytowa. Jednak jest drugi sposób bardziej pospolity, czyli stanie w kolejce. Kasy otwarte są od 9 rano, ale w kolejce trzeba już stać od 6.Tak jak wiele innych osób spędziliśmy noc koło dworca, gdzie nasze rzeczy były zamknięte w szafkach. Niestety nikt nie informuje podróżnych, że dworzec jest zamykany na noc J.Rano Nabiałem poszedł do kasy koło 6 rano a i tak miał przed sobą już 250 osób. Koło godziny 11 już byliśmy szczęśliwcami z biletami w garści. Ogrody Alhambry to jest coś czego nie da się opisać bo tak piękne rzeczy po prostu trzeba zobaczyć. Gorąco polecam wszystkim odwiedzenie ogrodów i pałaców Alhambry. Wieczorem wsiadamy w ostatni pociąg do Sewilli i udaje nam się jeszcze złapać ostatni autobus w stronę kempingu. Okazało się, że nie jesteśmy sami i jeszcze jest kilkanaście osób, które chcą dotrzeć na kemping. Rozkładu jazdy nie ma, ale to raczej normalneJ wszyscy czekamy i nawiązujemy nowe kontakty. Gdy wysiedliśmy z autobusu okazuje się, że przed nami jeszcze kilku kilometrowy spacer w upale i z plecakami. Jest już grubo po 22 ale temp. Nadal grubo ponad 25 oC. Huuura dotarliśmy i nawet ochroniarz mówiący lekko po polsku pozwolił nam wejść. Rozbiliśmy obozowisko i nareszcie będziemy spać w hamakach, które mamy ze sobą. Sewilla wspaniałe miasto pełne fontann i z cudowna katedra gdzie Kolumb przed odkryciem Ameryki był i dostał błogosławieństwo. Zwiedzanie przez cały dzień wszystkich może zmęczyć nawet tubylców(zdjęcie psa). Wszyscy już zaczynamy żyć jutrzejszym dniem, bo jutro jedziemy na inny kontynent. Maroko czeka i wzywa z dalekaJ. Śniadanko na kei i wsiadamy wreszcie na prom. 1,5 godziny i jesteśmy na czarnym lądzie. Spodziewaliśmy się troszkę czegoś innego, bo przewodnik nas przygotował na całkiem inne rzeczy. Miało być dużo naciągaczy i krzyczących handlarzy a tu niespodzianka nikt do nas nie podszedł. Jesteśmy w Tangerze i musimy znaleźć nocleg, co wcale łatwą sprawą nie jest. Wchodzimy do Mediny ( to najstarsza część miasta) i zaczynamy nasz wspaniały i lekko przerażający spacer po wąskich uliczkach, gdzie wszyscy się na nas patrzą jak na UFO. Z jakąś małą, nie czytelna mapką docieramy do pierwszego hotelu. Jedną gwiazdkę to może on miał, ale chyba tylko w nocy przez dziurawy sufitJ. Uli strasznie nie odpowiada klimat i ruszamy dalej. Po kilkunastu minutach docieramy do hotelu gdzie wreszcie spędzimy noc. Żadne luksusy jak za taką cenę (około 6 EUR), ale może być. Okazuje się, że nie ma zawsze jest woda, materace kąsają, można się umyć tylko w umywalceJ.Pierwszy dzień zwiedzania Maroka. Było niesamowicie egzotycznie. Tak jak opisywał przewodnik mnóstwo straganów, wszyscy chcą by coś u nich kupić. Wieczorem okazało się, że nasz hotel sąsiaduje jeszcze z kilkoma innymi hotelami ( no może raczej domami publicznymi) J.Jak ktoś chciałby zobaczyć kobiety w Maroku to od razu mówię, że niestety będzie rozczarowany, bo to jest kraj mężczyzn. Po całym dniu spędzonym w Tangerze jedziemy do Fezu. Tam odwiedzamy oczywiście Medinę i farbiarnie skór. Niby każda Medina jest taka sama, ale jednak wszędzie jest inny klimat. Noc spędzamy w hotelu gdzie jest ciepła i zimna woda i nawet jaszczurka na ścianie. Po Fezie czas na Kasablanke. Jedyne Miasto w Maroku gdzie mogą stać na ulicy prostytutki. W ciągu dnia niestety nic szczególnego strasznie brudne miasto, ale wieczorem, gdy zmrok zakryje wszelkie niedociągnięcia to pojawia się przed nami wspaniałe, tętniące życie miasto. Pełno neonów i ludzi. Dopiero po 20 zaczyna się życie, jednak nas to życie omija, bo schronisko, w którym mieszkamy jest zamykane o 22. W przewodniku piszą, że właściciel jest gburem i MAJĄ RACJE!!!

W Casablance jest największy meczet na świecie, może pomieścić w sobie cała Katedrę św.Piotra z Watykanu. Polecam ją odwiedzić, bo to jest jedyny meczet, który można zwiedzać od środka.

Po dniu spędzonym w Casablance ruszamy dalej z naszymi nowymi znajomymi( jako 1 ,2 ,3) do Marakeszu. Przepiękne miasto i co najważniejsze pełne Europejczyków. W Marakeszu spędziliśmy 2 dni. Spaliśmy w hotelu na głównym placu targowym. To, co się tam dzieje w nocy to jest nie do opisania. Pełno straganów jedzeniem, sokami pomarańczowymi, ( które polecam z całego serca zwłaszcza na straganie nr 37) i mnóstwem lekarzy, znachorów i opowiadaczy. W marakeszu wynajmujemy samochód, oczywiście nie bez problemów, ale co tamJ i jedziemy około 450 km w głąb pustyni. Zatrzymujemy się 60 km od końca asfaltowej drogiJ. Tam nocujemy w samochodzie, razem z nietoperzami a rano po śniadanku ruszamy w drogę powrotna zwiedzając, co się da po drodze. Nawet jeździmy na wielbłądach za ostatnie nasze pieniądze. Jazda na wielbłądach kosztowała nas 15 EUR, 2 podkoszulki jedne krótkie spodenki i tusz do rzęs. Warto mieć różne rzeczy na wymianę, bo niestety u nich jest naprawdę bieda. Ruszamy dalej, bo okazuje się, że mamy mało czasu do oddania auta. Dopiero potem wpadamy na to, że nie mamy kasy na benzynę. Ale jakimś cudem dotarliśmy spokojnie na miejsce. Po powrocie tylko prysznic i pociąg do Tangeru. Niestety a może nawet dobrze, że już wracamy do Europy.

W Hiszpanii docieramy do Antequera. Gdzie spędzamy noc pod drzewkiem figowym. Następnie ruszamy już do Madrytu. Madryt wspaniałe nowoczesne miasto całkiem coś innego niż ostatnio w Maroku. Pamiętajcie wszyscy, że w weekendy metro jeździ do 2 nad ranem a dworzec zamykają o 24. Niestety nie załapaliśmy się na metro i spędziliśmy całą noc na ławce koło wejścia do metra grając w kości. Rankiem dotarliśmy na kemping i po drzemce i śniadaniu poszliśmy zwiedzać.

Z Madrytu dotarliśmy do Bilbao, całkiem przyjemne miasto. Warto zobaczyć muzeum Gogenhaima.

Pozostało nam jeszcze tylko jeden dzień biletu interrail i postanawiamy dojechać do San Sebastian. Tam spędzamy dwa dni kąpiąc się w morzu i śpiąc na klifach. Niestety jest to zabronione i raz zostaliśmy spisani za włóczęgostwoJ Z nad pięknego morza docieramy stopem do znajomego Hiszpanią Manuela. Tam poznajemy prawdziwe życie w małym miasteczku hiszpańskim i niewiarygodna kuchnie hiszpańska. Jedzenia i wina pod dostatkiem i wspaniałe miękkie łóżka.

Tam spędzamy kilka dni i niestety ruszamy w ostatnią drogę prosto do kraju. Jedziemy najpierw do Barcelony a potem tanimi liniami lecimy do Frankfurtu. Ładny mi to Frankfurt lotnisko było oddalone o 150 km od centrum miasta. Jednak nie poddaliśmy się i wszyscy trójkę jedziemy stopem. Rozdzielamy się i osobno docieramy do kraju.

Wspaniała przygoda trwająca 6 tygodni. Przejechaliśmy około 13 000 km, wydaliśmy około 3500 PLN.
 
Kenzi Europa
Hotel **** HB
Cena: 2303 zł
05.04 - 12.04
Cesarskie Miasta
Hotel *** HB
Cena: 2049 zł
01.03 - 08.03
forum MAROKO
FORUM [MAROKO]