
Do naszej wyprawy motocyklowej szykowaliśmy się – my czyli Michał Woźniak i Agnieszka Gostkiewicz- już kilka miesięcy przed planowanym wyjazdem. Snuliśmy plany, szukaliśmy map, marzyliśmy... Dzięki naszemu wspaniałemu sponsorowi, firmie CLICO z Krakowa, kupiliśmy kaski, do kasków kurtki, do kurtek motocykl i w drogę!
Początkowo wyjazd planowaliśmy na początku sierpnia i gdy mocno puszczaliśmy wodze fantazji, celem był Dakar. W końcu jeśli z Paryża można jechać do Dakaru, to czemu by nie z Gdyni. Ostatecznie jednak cel podróży zmieniliśmy z Dakaru na
Maroko, a wyruszyć udało się dopiero pod koniec sierpnia. Problemem okazała się awaria motocykla (Honda Transalp), której naprawa trwała i trwała...
Wyruszyliśmy 30 sierpnia, był to zimny i deszczowy dzień, my jednak byliśmy szczęśliwi mogąc wreszcie jechać… Pierwszą noc spędziliśmy przed granicą w Słubicach w okolicznym lasku. Rano znów obudził nas deszczowy i zimny poranek. Jechaliśmy cały dzień robiąc przerwy, gdy nie wytrzymywaliśmy już z zimna, bądź nasze pośladki nie wytrzymywały z równie przyziemnych powodów. Wieczorem byliśmy jeszcze bardziej przemarznięci niż poprzedniego dnia i rozbiliśmy się na jednym z parkingów przy autostradzie. Nocleg okazał się trochę niefortunny, gdyż z samego rana spotkaliśmy tam dwóch niezbyt miłych policjantów, którzy grożąc deportacją zmusili nas do zapłacenia 20 euro mandatu za nocowanie na parkingu...
Dzień nie zaczął się najlepiej, naszym celem było jak najszybciej opuścić pechowe miejsce i dostać się do Szwajcarii. Plan był dość realny i przy dobrych wiatrach pewnie byłby zrealizowany, niestety tego dnia wiatry nie były dobre… kilkaset metrów od nieszczęsnego parkingu, motocykl odmówił posłuszeństwa. Środek autostrady, środek Niemiec i mały kryzys. Skoro już drugiego dnia mamy problem, to co będzie dalej… Nie zamierzaliśmy jednak załamywać rąk i czym prędzej wysililiśmy wszystkie nasze szare komórki, żeby wybrnąć jakoś z trudnej sytuacji. Okazało się, że szczęście jednak nie do końca nas opuściło. W miejscu gdzie motocykl po prostu zgasł i nie chciał ruszyć, była bramka w ogrodzeniu otaczającym autostradę. Na szczęście bramka była otwarta, więc czym prędzej z niej skorzystaliśmy wpychając motocykl poza autostradę. Pchanie, bieganie, kombinowanie, wszystko okazało się nieskuteczne i męczące. Motocykl ani drgnął… Po krótkim rozeznaniu znów pojawiła się nadzieja. Płot za którym się znaleźliśmy miał jeszcze jedną otwartą furtkę przez którą dało się dotrzeć do niewielkiej ścieżki, skąd mieliśmy nadzieję dostać się do najbliższej miejscowości i tam odnaleźć mechanika.
Plany czym prędzej wprowadziliśmy w czyn. Pchając motocykl przez chaszcze i dość uciążliwy strumyk na którym zaliczyliśmy dwie wywrotki (z czego jedna z powodu jeżyn na które Michał niespodziewanie usiadł;). Szczęście zaczęło nam dopisywać, wkrótce ścieżka zmieniła się w polną drogę, a ta doprowadziła nas do asfaltu i wioski. Mało tego, motocykl, który do tej pory był zupełnie nieczuły na wszelkie próby uruchamiania i nic sobie nie robił z polnych górek kiedy Michał chciał wziąć go „na pych”, przy dużym spadku na asfalcie po prostu ruszył! Ruszył, zaczął jeździć i do końca wyjazdu spisywał się doskonale. Prawdopodobnie problem ten dotyczył prądnicy, ale do dziś nie jesteśmy tego pewni.
Szczęśliwi, choć niepewni jak daleko zajedziemy ruszyliśmy dalej. Kierunek Szwajcaria… byle tylko z dala od tych pechowych Niemiec! Granice Szwajcarską przekroczyliśmy następnego dnia, rozpoczęły się wspaniałe widoki. Jak okiem sięgnąć serpentyny, góry, tunele i wiadukty… wprost bajecznie! Liczne zakręty obniżały jednak znacznie tempo jazdy i nie sposób było przekroczyć 50 km/h. Tutaj już nie padało, ale wysokość zrobiła swoje i było bardzo mroźno, ale malownicza droga rekompensowała wszelkie niedogodności. Wjechaliśmy na wysokość 2500 m. n. p. m.
Szwajcaria, jako kraj górzysty i bardzo mocno zagospodarowany, nie była jednak najlepszym miejscem na nocleg. Długo szukając miejsca pod namiot, ostatecznie rozbiliśmy się za poukładanymi deskami, gdzie o dziwo zmieścił się nawet nasz Brum. Rano wstaliśmy wyjątkowo wcześnie chcąc opuścić niepewne miejsce zanim ktoś nas zauważy i narobi szumu. Rano jednak po drugiej stronie „naszych” desek, jakiś metr od naszego namiotu, jeden pan reperował swój samochód. Nie wiem jakim cudem, ale nikt nas nie zauważył i udało nam się odjechać w spokoju.
Kolejny dzień nie różnił się zbytnio od poprzedniego:
góry, serpentyny, przełęcze, piękne widoki i raczej zimno. Mijaliśmy wspaniałe winnice i sady owocowe, co dla mnie także było nowym widokiem, rosnące piętrowo, robiły bardzo miłe wrażenie. Tego dnia jedząc śniadanie na przydrożnym parkingu zobaczyliśmy tabliczkę „wodospad 500m”, więc ruszyliśmy na mały spacerek podziwiając
alpejski wodospad.
Jeszcze tego samego dnia, wieczorem udało nam się dojechać do Francji.
Śniadanie w Chamonix z widokiem na Mount Blanc, szybki rzut okiem na Alpy i w drogę, do ciepłych krajów… zimna mieliśmy już serdecznie dość. Mając nadzieję na nocleg już nad morzem, jechaliśmy długo nie zważając na obolałe pośladki, byle do przodu, byle dalej… morze jednak tego dnia nie było nam pisane. Przez zbieżność nazw zboczyliśmy trochę z drogi nadrabiając kilometry.
Kolejny dzień przywitał nas złymi wieściami z kraju, które spowodowały całodzienne opóźnienie, jednak
do morza już udało nam się dojechać. Wymarzona dzika plaża wcale na nas nie czekała, ale było już ciepło, wszędzie pełno motocykli, i do tego wszyscy jeżdżący ja wariaci. Trafiliśmy na jakiś
zlot Harley-owców (jeden nawet wiózł na motocyklu swojego psa- wilczura, który siedział na baku). Wkrótce udało nam się stamtąd wyrwać i dalej wzdłuż wybrzeża kierowaliśmy się do Hiszpanii. Wreszcie zrobiło się trochę cieplej, przez pewien czas dało się nawet jechać na krótkim rękawku.
Pierwsze co rzuciło się w oczy zaraz po przekroczeniu hiszpańskiej granicy, to całkiem spora ilość prostytutek przy drodze oraz wszechobecny brud. Śmieci leżały po prostu wszędzie. Wzdłuż
Costa Brava jechaliśmy dalej.
Noc spędziliśmy w bambusowym lasku pełnym gryzących mrówek, a wieczór w towarzystwie jednego tubylcy, który strasznie dużo mówił po hiszpańsku i wcale mu nie przeszkadzało, że nic nie rozumiemy...
Gorąca Hiszpania wcale nie była w tym czasie tak gorąca, a przed Barceloną złapało nas niesamowite oberwanie chmury. Na szczęście w porę je przewidzieliśmy i schowaliśmy się pod dach, który wkrótce zaczął przeciekać. Jak to zwykle bywa z oberwaniami chmury i to nie trwało zbyt długo, wkrótce już zwiedzaliśmy Barcelonę.
Michał był już tam parę razy, ale dla mnie było to coś nowego. Objechaliśmy podstawowe
zabytki Barcelony i nawet wpatrywaliśmy się w sławny
budynek Gaudiego, nic jednak nie udało nam się wypatrzeć.Po pobieżnym zwiedzeniu Barcelony, ruszyliśmy dalej na zachód. Udało się nam troszkę pogubić przy wyjeździe z miasta, ale już za drugim razem znaleźliśmy właściwą drogę. Nocleg spędziliśmy w lasku nieopodal drogi, a kolejnego dnia znów jazda wzdłuż wybrzeża. Coraz bardziej czuliśmy już bliskość naszego celu.
Dwa dni później byliśmy
na promie z Algesiras do Ceuty. Prom niestety drogi (zapłaciliśmy po 100$ od głowy), ale za to bardzo szybki i po pół godzinie byliśmy już w Afryce, chociaż ciągle jeszcze w Hiszpanii!!! Ceuta okazała się bardzo tania, zwłaszcza jeżeli chodzi o paliwo. Gdy wjechaliśmy do
Ceuty, było już dosyć późno, więc granicę Marokańską zostawiliśmy sobie na kolejny dzień. Tego dnia miejsce na nocleg trudno było znaleźć, wszędzie zabudowania i góry, a do tego stosunkowo mały obszar. Po krótkich poszukiwaniach znaleźliśmy ładne miejsce z dala od cywilizacji i w dodatku z widokiem na cieśninę Gibraltarską... Miejsce oprócz zalet, miało też swoje wady... był to teren budowy, a tam gdzie był super widok, tak wiało, że nie było sensu stawiać tam namiotu. Trochę się namęczyliśmy z rozbijaniem tego wieczoru, a co gorsza wszystko było w kurzu, no ale to w końcu nasza pierwsza noc w Afryce, było co świętować;)))
Hałas i rumor obudziły nas dosyć wcześnie rano. Zgodnie z naszymi czarnymi myślami przyjechały buldożery i zaczęły kopać dokładnie w miejscu w którym początkowo chcieliśmy się rozbić. Jak dobrze, że tak tam wiało... zwinęliśmy się w popłochu i po ostatnich zakupach i ostatniej paczce chipsów, ruszyliśmy na przejście graniczne.
Pierwsze
wrażenie na granicy to mały szok. Zostaliśmy odprawieni sprawnie przez naprawdę kompetentnych celników. Każdy władał przynajmniej czterema językami tj. arabski, hiszpański, angielski, francuski a wielu także niemieckim. Z komunikacją nie było żadnego problemu, wszyscy naprawdę mili i pomocni. Trochę inaczej wyglądało przejście piesze. Tam za ogrodzeniem tłoczyło się pełno arabów... jak wracaliśmy, było tam zupełnie spokojnie, więc chyba nie zawsze tak to wygląda. Z kolei za granicą
tłum naganiaczy, na szczęście naszym motocyklem wszystkich szybko ominęliśmy i nie trzeba było się z nimi targować.
Pierwszym miastem do którego wjechaliśmy był
Tetuan. Dość duże nastawione na turystów i ich naciąganie miasto. Na
Brumie zwracaliśmy na siebie powszechną uwagę i zaraz przypałętał się jakiś tubylec, który biegł za nami i machał pokazując gdzie mamy zaparkować. Staraliśmy się go zgubić i za wszelką cenę nie chcieliśmy dać się naciągnąć.
Michał był w Maroku 3 lata wcześniej i jego opowiadanie jak na każdym kroku wszyscy chcą cię oszukać zapadło mi w pamięć. Skupiliśmy się więc na gubieniu naszych potencjalnych oszustów. Być może traciliśmy przez to możliwość spotkania kogoś miłego i wartościowego, ale nie było sposobu, żeby odróżnić kto jakie ma wobec nas zamiary. Mężczyzna który biegł za nami przez pół miasta pokazywał nam teraz miejsce, gdzie najlepiej będzie nam zaparkować.
Z pełną premedytacją pojechaliśmy w przeciwny kierunku, objechaliśmy parking dookoła i z braku wolnych miejsc pokornie zaparkowaliśmy we wskazanym nam miejscu. Przypięliśmy solidnie nasze tobołki i poszliśmy zwiedzać medinę. Teraz naszym głównym celem było
pozbycie się natręta. Próbowaliśmy strategii ignorowania go, ale była mało skuteczna, próbowaliśmy wytłumaczyć mu, że nie chcemy przewodnika - bez rezultatu, ostatecznie postanowiliśmy mu zwiać. Nie było to łatwe, gdyż nasz dręczyciel chodził za nami krok w krok...
W krętych i tłocznych uliczkach
Mediny robiliśmy co w naszej mocy aby go zgubić. Gdy szedł przodem my się cofaliśmy, gdy skręcał w prawo, to my w lewo i tak dobrą godzinę. Po pewnym czasie odnieśliśmy sukces, natręt zniknął, udało się, zgubiliśmy go!!! Teraz spokojnie mogliśmy oglądać i zwiedzać i robić co nam się podoba. Nasza „wolność” nie trwała długo, po paru minutach znalazł się kolejny chętny do oprowadzania. My znów w nogi, znów tłumaczymy, że nie chcemy, że nie będziemy płacić, i dalej strategia ignorowania- uff tym razem poskutkowało.
Teraz mogliśmy wreszcie spokojnie przyjrzeć się miastu.
Wąskie, kręte uliczki, wszędzie bród i nie rzadko niezbyt miły zapach. Przechodziliśmy przez zatłoczone ulice, gdzie na każdej sprzedawało się co innego. Od warzyw, przez mięso i biegające pod nogami kurczaki, pieczywo, aż do dywanów, czadorów, mebli, po prostu wszystko. Wstąpiliśmy do jednego z barów na
tradycyjną minti (strasznie słodka herbata miętowa pomieszana z czarną) i delektowaliśmy się otaczającą nas rzeczywistością. Było bardzo miło, ale ta medina była istnym żywiołem.
Zabawnie się zrobiło, kiedy postanowiliśmy wracać na parking.
Nie mieliśmy zielonego pojęcia gdzie jesteśmy, jak się stamtąd wydostać i w ogóle którędy do wyjścia. Było zabawnie, w końcu miły policjant wyjaśnił nam gdzie mamy iść i jakoś się udało. Za parking nic nie musieliśmy płacić.
Spytaliśmy pilnującego ruchu policjanta o drogę i
pełni wrażeń opuściliśmy miasto. Odtąd zawsze o drogę pytaliśmy policjantów, byli dla nas bardzo mili i przede wszystkim zawsze potrafili nam dobrze wyjaśnić gdzie jechać. Wszyscy mówili po francusku, ale w turystycznych miastach nie było problemu z porozumieniem się w języku angielskim. Generalnie wszyscy, którzy mieli jakikolwiek kontakt z turystami znali angielski.
Pierwszą
noc w Maroku spędziliśmy nad rzeczką, w pobliżu drogi. Uczciliśmy ją praniem, kąpielą i butelką przywiezionego z Hiszpanii wina. Noc była jasna i ciepła, przy pełni księżyca planowaliśmy dalszą trasę. Przemieszczanie się po Maroku na motocyklu było bardzo wygodne, wszędzie mogliśmy dojechać, wszyscy nam machali, gdy przejeżdżaliśmy obok, to było bardzo miłe. Tego dnia kierowaliśmy się do
Katamy - centrum sprzedaży haszyszu i marihuany w Maroku.
Po drodze odwiedziliśmy niewielka turystyczną
miejscowość Szewszuan, charakterystyczną ze względu na niebieskie okiennice. Niezbyt duże zrobiła na nas wrażenie, ponieważ była strasznie nastawiona na turystów. Jechaliśmy dalej krętą
drogą przez góry RifIm dalej tym częściej zaczepiali nas stojący przy drodze
handlarze haszyszem. Charakterystycznym ruchem ręki pokazywali co mają do zaoferowania, tuż przy Katamie było ich naprawdę pełno...
Dotarliśmy do Katamy... Niewielkie miasto pośrodku gór Rif, nie robiło zbyt dobrego wrażenia. Na środku głównej ulicy
pełno straganów, chyba trafiliśmy na dzień handlowy, tłum ludzi, że ciężko się przecisnąć i od razu kilka osób zaczęło nas namawiać na wspólne zwiedzanie miasta. Jedni przekonywali mnie, inni Michała, jeszcze inni próbowali przekonywać nas jednocześnie. Rezultat był taki, że na raz mówiło do nas kilka osób, a my byliśmy trochę skołowani i marzyliśmy o tym, żeby się ich wszystkich pozbyć.
Postanowiliśmy usiąść w barze i napić się spokojnie herbaty. Na parkingu zaczepił nas jeden mieszkaniec, pokazał gdzie mamy zaparkować i zaprowadził
do herbaciarni, która była tuż obok. Zaraz zorganizował nam miejsca i zamówił herbatę, nie trzeba dodawać, że jego „opieka” nad nami nie bardzo była nam na rękę. Parkingowy usiadł z nami przy stoliku. Po chwili przyszedł jeszcze jeden, po kolejnej jeszcze trzech innych. Początkowo było całkiem spokojnie, chociaż trzej tubylcy, którzy przysiedli się ostatni, byli strasznie krzykliwi. Zaczęli nas namawiać na wizytę w ich domu.
Z jednej strony chcieliśmy zobaczyć jak ludzie tu mieszkają, z drugiej było to ryzykowne. Nie wiedzieliśmy czemu im tak bardzo na tym zależy i obawialiśmy się, że po wypiciu u nich herbaty każą nam za nią płacić i to nie wiadomo ile (tak przydarzyło się Michałowi 3 lata wcześniej). Wahaliśmy się... Marokańczycy przekonywali, że nie chodzi im o pieniądze, że chcą się z nami zaprzyjaźnić i jak nie mamy pieniędzy, to oni mogą nam je dać. Trójka z nich naprawdę przekrzykiwała się nawzajem, za to pan który dołączył jako drugi, wydawał się nam bardzo spokojny i miły, a przede wszystkim nie tak natrętny jak pozostali. Postanowiliśmy pojechać do niego.
Nasza decyzja wywołała burzę. Cały czas wszyscy utrzymywali, że są rodziną, teraz jednak w rodzinie powstał konflikt. Pan do którego zdecydowaliśmy się jechać, najwyraźniej nie miał z resztą zbyt dobrych układów. Nie bardzo wiedzieliśmy o co chodzi, ale postanowiliśmy się go trzymać, a do tych krzykaczy nie jechać pod żadnym pozorem. Mimo naszych protestów gospodarze zapłacili za naszą herbatę i pojechaliśmy.
Ruszyliśmy za dwoma samochodami, w pierwszym siedział nasz Pan z jednym z krzykaczy, w drugim pozostali, którzy nie wiadomo skąd wzięli nagle parkingowego, który opuścił nas dużo wcześniej. W pewnym momencie samochód z krzykaczami zajechał nam drogę, jeden z nich wysiadł i powiedział, że najpierw rozmawialiśmy z jego rodziną i mamy jechać do niego. Potem wsiadł z powrotem do samochodu i pojechał dalej. Z lekka zszokowani, utwierdziliśmy się w przekonaniu, żeby jechać tylko z „naszym panem” bo reszta jest co najmniej podejrzana. Jechaliśmy powoli w każdej chwili gotowi na ucieczkę. W pewnym momencie kończył się asfalt i zaczynał szuter i znów drugi samochód zajechał nam drogę. Z obu samochodów wszyscy wysiedli i zaczęli nas przekonywać. Jeden najbardziej nerwowy koleś krzyczał, że skoro nie jedziemy do niego to mamy wracać do Fezu (nasz kolejny cel podróży). Właściwie długo nie musiał nas przekonywać, po awanturze jaką nam zademonstrowali, zaczęliśmy się wycofywać.
Atmosfera była już zbyt gorąca. Trzeba zaznaczyć, że kłócili się oni między sobą, do nas właściwie nic nie mieli. Powiedzieliśmy im grzecznie, że nie chcemy stwarzać problemu, i lepiej będzie dla wszystkich jak pojedziemy dalej.
Na to na gospodarze, nie mogli się zgodzić... ostatecznie pozwoli nam jechać do naszego spokojnego pana, który stał z boku i czekał na dalszy bieg wydarzeń.... Całkowicie zdezorientowani pojechaliśmy dalej, zastanawiając się o co tu naprawdę chodzi, o honor, czy może jednak o kasę. Po przejechaniu kolejnych 100 metrów, znów z samochodu wyskoczył nerwowy Marokańczyk (na domiar złego miał rozbitą głowę, co dodatkowo nie budziło naszego zaufania). Zaczął do nas krzyczeć, że
mamy jechać do Fezu i że jak nie jedziemy do niego, to nas tu wcale nie chcą. Prawie że zaczęli się między sobą bić. Tego było już za wiele! Nic nie mówiąc, zaczęliśmy wykręcać, chcąc jak najszybciej opuścić niepewny teren. Wszyscy się ze sobą pokłócili i nerwowy koleś wsiadł do samochodu i odjechał z powrotem do Katamy. Reszta powiedziała, że już będzie spokojnie i możemy jechać z nimi. Znów chwila wahania... rozwiana jednak pocałunkiem w kaski przez jednego z krzykaczy. Dał buzi naszym niesamowicie brudnym kaskom i powiedział, że już będzie dobrze. Było to po prostu rozbrajające... postanowiliśmy zaryzykować.
Właściwie zaraz po przekroczeniu progu domu wszystko zupełnie się zmieniło. Nawet Krzykacz ucichł i zrobił się spokojny. Powiedzieliśmy szczerze gospodarzowi, że właściwie, to trochę się przeraziliśmy tym całym popisem i najchętniej pojechalibyśmy już z powrotem. On wszystko rozumiał, był miły i spokojny i nie zamierzał nas przekonywać do zostania. Szanował naszą decyzję. To nas trochę uspokoiło i przekonało do jego dobrych intencjach, postanowiliśmy zostać na chwile.
W domu Marokańczyka było bardzo miło, opowiadali jak się tam żyje, pokazali swoją plantację marihuany, pokazywali gdzie ją suszą, i specjalnie dla nas zrobili pokaz produkcji haszyszu. Było to naprawdę ciekawe. Trzeba dodać, że znajdowaliśmy się wtedy w jedynym rejonie Maroka, gdzie uprawa, produkcja i sprzedaż narkotyków była całkowicie legalna, ale tylko dla mieszkańców. Wszyscy tam z tego żyli i mieli się całkiem nieźle.
Po około dwóch godzinach żegnaliśmy się z nimi na skrzyżowaniu. I rzeczywiście nic od nas nie chcieli, tylko się zaprzyjaźnić;) Pełni wrażeń pojechaliśmy w kierunku Fezu. Po drodze znów pełno handlarzy machających do nas znacząco i krzyczących za nami. Jedni wyjątkowo zdesperowani wyprzedzali nas kilkakrotnie machając przy wyprzedzaniu, po czym zatrzymywali się przed nami, wyskakiwali na środek jezdni, a gdy ich ignorowaliśmy powtarzali wszystko od początku. Odpuścili sobie za trzecim czy nawet czwartym razem.
Noc spędziliśmy
pod mostem tuż przy Fezie. Ciężko tam było znaleźć dobre miejsce na namiot, ponieważ domy tam są w nocy zupełnie niewidoczne. Dopiero szczekanie psów zdradza obecność człowieka. Rano pojechaliśmy zwiedzić Fez, słynący z garbiarni skór. Jak zwykle zapłaciliśmy 5 dirhamów za parking i ruszyliśmy na medinę.
Jak zwykle zaraz zaczęli nas zaczepiać „przewodnicy” po medinie. Tym razem na krok nie odpuszczała nas dwójka młodych chłopców, z którymi na koniec było trochę problemu.
Zrobiliśmy spacer po uliczkach mediny. Wszędzie były one dość podobne:
wąskie, białe brudne ściany, ogólnie dość brudno i pełno handlarzy. Duży ruch i strasznie łatwo się zgubić. Po tym jak zgubiliśmy się w Tetuanie zazwyczaj idąc do mediny braliśmy kompas i próbowaliśmy iść według mapy z przewodnika, ale po kilku zakrętach i tak nie mieliśmy pojęcia gdzie jesteśmy. Było dla mnie niepojęte jak miejscowi się tu poruszają.
Właściciel garbiarni jest zawsze jednocześnie sprzedawcą i właścicielem sklepu z artykułami skórzanymi. Bez opłat można wejść u niego na dach, obejrzeć garbiarnie, zrobić zdjęcia, a później... kupić coś w jego sklepie. Trzeba przyznać, że niektóre rzeczy miał całkiem ładne ale naprawdę ostro trzeba się z nimi targować. Pod koniec zwiedzania, nasi „przewodnicy”, których nie udało nam się zgubić, zażądali zapłaty za oprowadzanie i powstał mały konflikt. Zapłaciliśmy im część tego co chcieli, ale i tak wszyscy byli niezadowoleni...
Z fezu ruszyliśmy w kierunku Sahary. Upały coraz bardziej nam doskwierały. W godzinach popołudniowych
gorące powietrze wręcz parzyło, marzyliśmy o skrawku cienia. Mało ruchliwa droga wiodła przez półpustynne wzniesienia. Widoki cudne...
Następnego dnia rano dotarliśmy przez Ar Rachida do
miejscowości Rissani, skąd planowaliśmy pojechać na
największą wydmę Erg Chebbi i odwiedzić oazę położoną niedaleko niej-
Merzugę. W Rissani czuć już było bliskość Sahary, na parkingu pełno Land Roverów i zaraz kierowcy zaczęli nas przekonywać, że motorem do Merzugi na pewno nie dojedziemy, że Sahara to nie żarty, że motocyklem owszem, można by dojechać, jeśli będziemy mieli dużo szczęścia, ale nie jest to możliwe z pasażerem i bagażem...
Taktowaliśmy ich trochę z przymrużeniem oka, widać było, że zależy im na tym żebyśmy ich zatrudnili a nie jechali na własną rękę. Michał nawet z jednym chciał się zakładać o dość sporą sumę pieniędzy, że dojedziemy, ale gość niestety zaraz zaczął się wykręcać. Z zasięgniętych wcześniej informacji wiedzieliśmy, że dojazd do Merzugi naszym Transalpem jest jak najbardziej możliwy.
Podziękowaliśmy wszystkim „martwiącym się” o naszą dalszą podróż i pojechaliśmy dalej. Początkowo droga była asfaltowa, ale bardzo dziurawa, potem zmieniła się w szutrową, ciągle rozgałęziającą się na wiele innych, przy czym wszystkie wydawały się tak samo wyjeżdżone, a po jakimś czasie znów się łączyły.
Główna
droga oznaczona była słupkami lub kopczykami z kamieni, ale mimo to, wciąż się gubiła i znajdowała na nowo. Co jakiś czas znajdowały się strzałki kierujące potencjalnego turystę do hotelu czy oberży, widać było wszechobecną komercję. Tego wieczoru nie dojechaliśmy jednak do Merzugi, gdyż po drodze znaleźliśmy bardzo fajne miejsce na nocleg. Tuż koło wydmy, między palmami.
O noclegu pod palmami myśleliśmy już wcześniej, nie spodziewaliśmy się jednak, że mają one tak ostre liście i można naprawdę się skaleczyć. Wieczór był naprawdę udany, nie wiem czy nie najfajniejszy ze wszystkich spędzonych w Maroku.
Zrobiliśmy sobie ognisko z palmowych liści i poszliśmy na spacer po wydmie. Było cudownie, wszędzie wokół piasek i niczym niezmącona cisza... no może my ją trochę zmąciliśmy;) ale
bawiliśmy się świetnie, turlanie w piasku, przekopywanie przełęczy, i zjeżdżanie z górki jak na sankach- żyć nie umierać!
Rano wstaliśmy na wschód słońca- noc wcale nie była zimna - ale niestety nie był tak imponujący jak przewidywaliśmy. Zrobiliśmy na piasku logo sponsora- firmy CLICO- ale niestety słońce zrobiło cień i zdjęcie nie wyszło... Kolejnego dnia już wracaliśmy poprzez wciąż gubiące się i znów odnajdujące drogi i w pewnym momencie całkiem zaskoczeni trafiliśmy na asfalt! Droga asfaltowa w bardzo dobrym stanie a na niej tabliczka Merzuga 15 km natychmiast zawróciliśmy i pojechaliśmy odwiedzić Merzugę.
Do samej miejscowości prowadził bardzo dobrej jakości asfalt, nieźle nam ściemniali wcześniej. Tuż przed bramą wjazdową natknęliśmy się na trzech motocyklistów z Finlandii. Zatrzymaliśmy się na krótką pogawędkę przy herbacie. Postanowiliśmy nie rozstawać się tak szybko z Saharą i przejechać
do Kanionu Todra przez jedną z przecinających ją dróg asfaltowych. Był to chyba najgorętszy dzień wyjazdu... przy czym nie było po drodze ani skrawka miejsca w którym można by się schować przed upałem. Widoki za były piękne. Wokół kamienista Sahara, biegające na horyzoncie wielbłądy – wydawało nam się, że są dzikie- i z rzadka mijane oazy.
Dojechaliśmy do miejscowości
Tinejdat, skąd krajowa droga wiodła nas wprost do celu- kanionu Todra. Po drodze zaskakujące wiry, wyglądające jak małe trąby powietrzne, z których jedna zmusiła nas nawet do zatrzymania się na chwilę. Kanion, mimo że pełny turystów, warty był odwiedzenia.
Po drodze zatrzymaliśmy się żeby zrobić zdjęcie i przybiegł do nas jakiś
handlarz chust. Nie chcieliśmy nic kupować, ale on na siłę ubrał mi chustę na głowę i kazał zrobić z nim zdjęcie. Niezbyt szczęśliwi zrobiliśmy to zdjęcie a Marokańczyk gdy się dowiedział, że naprawdę nie chcemy nic kupić, chciał żeby mu zapłacić za zrobienie zdjęcia. Spojrzeliśmy na niego zirytowani i pojechaliśmy dalej.
Tego samego dnia postanowiliśmy odwiedzić jeszcze jeden sąsiedni
kanion Dades i tam spędzić noc. Kanion sam w sobie był bardzo ładny wręcz bajeczny, ale jako miejsce na nocleg nie był najlepszym pomysłem. Wszędzie wysokie ściany skalne, zupełny brak jakiegokolwiek miejsca na nocleg. W miejscach gdzie dałoby się rozbić, były domy a w pozostałych nie było szans na rozbicie namiotu. Byliśmy już mocno zmęczeni i jeżdżenia po pięknym kanionie mieliśmy już serdecznie dość. Ostatecznie zdesperowani rozbiliśmy namiot na jednej z bocznych dróg, mając nadzieje, że nikt nie będzie chciał nią jechać. Tu jednak się pomyliliśmy, gdy nasze miejsce do spania było już gotowe i kolacja też była już za nami i właściwie już prawie spaliśmy, oślepiło nas światło reflektora. Ktoś jednak chciał jechać tą drogą. Michał wyszedł przed namiot aby pertraktować i już chcieliśmy zwijać z trudem rozbity namiot, aby umożliwić przejazd. Nikt jednak do nas nie podszedł i po dłuższej dyskusji niespodziewanych gości, którzy zatrzymali się w dość sporej od nas odległości, znów mieliśmy spokój, tubylcy odjechali.
Kolejnego dnia dojechaliśmy do końca kanionu i tam postanowiliśmy zrobić sobie śniadanie. Wszystko byłoby bardzo dobrze, gdyby nie bliskość wioski. Długo nie musieliśmy czekać na pierwszego małego towarzysza, do którego zaraz dołączyli kompani, a po krótkiej chwili chyba cała szkoła poszła na wagary i przyglądała się z odległości około 2 metrów naszemu śniadaniu. Dzieciaki były po prostu ciekawskie, ale ich obecność była dość męcząca i zmąciła nam spokój porannego piknikowania.
Naszym kolejnym celem był
Marakesz. Dotarliśmy tam pod wieczór po całym dniu jazdy. Pojechaliśmy na słynny plac do którego dojazd był istnym wyzwaniem. Jazda po Marakeszu, to po prostu żywioł. Mnóstwo samochodów, każdy jeździ jak chce, wszyscy trąbią nie wiadomo na kogo, ruch ogromny, a do tego cała masa motorowerów (bardzo popularnych w całym Maroku) jeżdżących bez żadnego ładu. Istny obłęd. Byłam przerażona i jedynym moim marzeniem było jak najszybciej się stamtąd wydostać. Po pewnym czasie błądzenia dojechaliśmy na tętniący życiem plac, rzuciliśmy tylko okiem i postanowiliśmy szukać noclegu, gdyż po męczącej jeździe bardzo chcieliśmy już spokoju i ciszy. Z noclegiem mieliśmy trochę szczęścia i znaleźliśmy go w sadzie na obrzeżach miasta. Wieczorem delektowaliśmy się małym piwkiem zakupionym w napotkanym po drodze supermarkecie (co nie było częstym widokiem w tym kraju).
Kolejnego dnia wypoczęci po spokojnej nocy znów pojechaliśmy
na plac Dżemaa el Fna, który w ciągu dnia zmienił się nie do poznania. Nie było już tłumów i można było lepiej przyjrzeć się miastu. Zwiedziliśmy medinę, w której oczywiście nie obyło się bez zgubienia, ale wszystko tu było jakoś bardzo turystyczne i drogie. Mnie osobiście to miasto nie urzekło i opuszczałam je bez żalu. Bardzo miły policjant tłumaczył nam jak stamtąd wyjechać najpierw kilkakrotnie tłumaczył po francusku potem znów parę razy powtórzył to samo w języku angielskim także bez żadnych wątpliwości pojechaliśmy dalej ... nad ocean, do miejscowości Safi. Dojechaliśmy tam pod wieczór i spotkał nas mały zawód. Wieczorne powietrze stało się strasznie wilgotne i zrobiła się bardzo nie przyjemna mgła.
Zwiedziliśmy medinę, i pojechaliśmy szukać
dzikiej plaży. Nie było to jednak proste. Po dłuższej jeździe znaleźliśmy miejsce skąd zdawało nam się już blisko do plaży, jednak po ciemku postanowiliśmy nie ryzykować zakopywania się w piasku. Rano okazało się, że jedyną drogą do oceanu są wydmy. Do przejścia było około 500 metrów po grząskim piasku. Mierząc siły na zamiary wycofaliśmy się pokornie...
Szybko okazało się, że podjęliśmy słuszną decyzję. Na plaży w pobliskiej miejscowości Michał postanowił udowodnić, że motorem da się jeździć po plaży. Na efekty długo nie trzeba było czekać, po paru metrach
zakopaliśmy się całkowicie i bez pomocy okolicznych pracowników budowy byłoby naprawdę ciężko.
Traciliśmy już powoli nadzieję, że uda się spędzić jeden dzień bez motoru. Czas naglił a dzika plaża jakoś na nas nie czekała. Zażyliśmy kąpieli nieopodal drogi, ocean jednak nie był taki jaki go sobie wymarzyliśmy. Ogromne fale wypychały i rzucały na piasek z dużą siłą, przez co kąpiel nie była wcale przyjemna. Podczas relaksu na plaży podeszła do nas jedna Marokanka prosząc o wodę. Zdarzyło nam się kilka razy, że podchodzili ludzie i mówili, żeby dać im wodę. To takie proste i naturalne, że wszyscy w tak gorącym kraju dzielą się wodą i nie ma w tym nic dziwnego. Bardzo podobał mi się ten zwyczaj.
Naszym dalszym celem była Casablanka, gdzie standardowo zwiedziliśmy meczet, medinę, zrobiliśmy rundkę naokoło miasta i pojechaliśmy dalej. Podobnie zwiedziliśmy Rabat, szukając tam, niestety bezskutecznie, dzielnicy czerwonych świateł. Oba miasta były dużymi i nieciekawymi metropoliami.
Dalej z uwagi na brak czasu ruszyliśmy prosto do znajomego już Tetuanu, skąd wkrótce przedostaliśmy się do Ceuty. Przekraczanie granicy w drugą stronę, także nie było problematyczne, mimo znacznie większej kolejki niż ostatnio. Niektóre samochody były szczegółowo sprawdzane, ale nas odprawiono szybko i sprawnie.
Zdążyliśmy jeszcze na ostatni kurs promu na drugą stronę cieśniny i jeszcze tego samego dnia byliśmy w Europie. Zwiedziliśmy Giblartar i tak rozpoczął się powrót. Kolejnego dnia spotkaliśmy się ze znajomym Polakiem mieszkającym w Hiszpanii, co także było ciekawym doświadczeniem... Następnego dnia Michał miał urodziny, zaopatrzyliśmy się we wszystko w supermarkecie i planowaliśmy jechać dość krótko, a wieczorem zrobić urodzinową imprezkę. No i faktycznie jechaliśmy nawet krócej niż planowaliśmy, gdyż złapaliśmy gumę. Pierwsza guma, to jeszcze nie koniec świata, zdjęliśmy koło na poboczu, ale szybko okazało się, że ściągnięcie opony nie jest już takie proste. Przyszło nam do głowy tylko jedno wyjście. Michał wziął oponę i na stopa pojechał do pobliskiej wioski, aby naprawić szkodę. Ja w tym czasie prażyłam się w słońcu pilnując bambetli. Po niedługim czasie zajechał samochód z Michałem, dwoma Hiszpanami i przyczepką. Hiszpanie byli bardzo energiczni i zanim pomyśleli to robili, nie dając za bardzo czasu do namysłu. Wpakowali motor bez koła na przyczepkę i pojechaliśmy do nich. Okazało się że napotkani Hiszpanie byli członkami klubu motocyklowego Bidoges i że dzień wcześniej był tam zlot motocyklowy. Ponieważ mechanik, który mógł nam naprawić koło miał być dopiero za 3 godziny, pojechaliśmy do gospodarzy.
Byli to bardzo sympatyczni i żywiołowi fani motocykli. Pokazywali nam wszystkie swoje nabytki, ogród, basen, wszystko. Zaprosili nas na obiad, na którym trochę zbankrutowaliśmy, ale co było robić. Wyszło tak, że nowi znajomi spytali czy chcemy menu, na co przytaknęliśmy. Ale menu nikt nam nie przyniósł, żebyśmy mogli wybrać co chcemy, gdyż u nich menu znaczy tyle co zestaw dnia czy też zestaw obiadowy (zupa, drugie danie, deser, kawa).
Po obiedzie i zwiedzeniu okolicy nadszedł czas na odwiedzenie mechanika. Hiszpanie zawieźli nas do sąsiedniej wioski, gdzie zaklejenie opony kosztowało nas 5 Euro, po czym przy dużym zamieszaniu włożyliśmy koło znów na swoje miejsce. Żegnaliśmy się „czule” i na odjeździe dostaliśmy bezcenną radę, żeby już po gwoździach nie jeździć. Wizyta była bardzo miła zostaliśmy honorowymi członkami klubu, zrobiliśmy kilka zdjęć i pojechaliśmy dalej. Czas naglił a kilometrów do domu było jeszcze sporo.
Tym razem granicę hiszpańsko francuską postanowiliśmy przekroczyć w Pirenejach. Bardzo malowniczo ale dość chłodno. Serpentyny jak w Alpach, przy czym wąska droga i często okryta warstwą obsypującego się gruzu. Trzeba było jechać bardzo uważnie i powoli.
Kolejnego dnia odwiedziliśmy bardzo ładny i pokaźnych rozmiarów
zamek w Carcassone i przejechaliśmy prawie całą Francję. Mieliśmy optymistyczną wizję kolejnego dnia znaleźć się już w Polsce. Po drodze jednak mięliśmy pechowe Niemcy. Ledwo przekroczyliśmy Niemiecką granicę, jak złapaliśmy kolejną gumę. Jakoś udało się zjechać z autostrady, odczepić kuferki i wszystkie pakunki koło zjazdu i dalej strategia była taka, że ja czekałam z rzeczami, a Michał w tym czasie prowadzi Bruma do najbliższej wioski w celu naprawy. Nie było to jednak proste, czekałam prawie 3 godziny i miałam już serdecznie dość. Po długim czasie zatrzymał się jeden motocyklista oferując pomoc, nic jednak nie mógł zrobić. Wkrótce potem wrócił Michał. Okazało się, że znalezienie warsztatu było trudne, jednak szczęście nie do końca nas opuściło, gdyż w jednym z zakładów samochodowych pracował Polak, który nam pomógł. Po zakończeniu pracy zawiózł Michała wraz z oponą do serwisu i założyli nową dętkę, która niestety nie była dokładnie tego samego rozmiaru. W wersji optymistycznej mieliśmy jednak dojechać na niej do domu. Powrót się przedłużał.
Sądziliśmy, że być może mamy już zbyt łysą oponę i stąd te gumy. Michał w tym sezonie przejechał już na niej około 20 tys. kilometrów. Szczęśliwi, że znów możemy jechać wkrótce zrobiliśmy sobie nocleg, aby trochę odsapnąć po nerwowym dniu. Następnego dnia już nie było innej możliwości jak być w Polsce. Kilometry mijały szybko na dobrych Niemieckich drogach, jeszcze tylko jedno tankowanie i będzie dom... zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, w okolicach Drezna, gdzie znów czekała nas niemiła niespodzianka. Przy tankowaniu okazało się, że w tylnej oponie znów nie ma powietrza... trzecia guma, w ciągu zaledwie kilku dni, tego już było za wiele. Jedynym rozwiązaniem sytuacji jakie przyszło nam do głowy było przenocowanie w okolicy stacji, rano wycieczka stopem do Drezna i tam naprawa koła. Przy złych wiatrach przewidywaliśmy, że może nam to zająć nawet cały dzień.
Wkrótce okazało się, że opona nie jest jedynym problemem, na tej samej stacji zauważyliśmy także ułamany stelaż i brak zapinki w łańcuchu... w niezbyt pozytywnych nastrojach poszliśmy rozbić się między widocznymi z daleka drzewkami, motocykl zostawiając na parkingu. Rano jednak wstał nowy dzień i znów dopisało nam szczęście. Podczas odkręcania koła, które zamierzaliśmy wziąć ze sobą na stopa, podszedł do nas jeden pan z obsługi stacji i zapytał co się stało. Co prawda z niemieckim jesteśmy trochę na bakier, ale wystarczyło pokazać nasz problem. Miły Pan zaoferował swoją pomoc. Powiedział, że nas zawiezie do Drezna, załatamy dziurę, a potem przywiezie nas z powrotem. Ten Pan spadł nam po prostu z nieba!!! Woził nas po całym Dreźnie, i odwiedziliśmy chyba z 10 zakładów wulkanizacyjnych zanim znaleźliśmy taki, w którym mogliśmy kupić nową dętkę. Tutaj naprawa kosztowała nas nie 5, jak w Hiszpanii, ale 21 Euro... mimo to byliśmy szczęśliwi i niezmiernie wdzięczni miłemu Niemcowi. Około południa mogliśmy już jechać dalej. W Polsce byliśmy wieczorem wraz z ciągłą fobią czy aby nie mamy flaka. Na szczęście więcej gum nie złapaliśmy i szczęśliwie dotarliśmy do domu po bardzo udanych wojażach.