Mapa strony
 
0,49 zł/min z VAT
Wybierz region
do
Wyjazd od
zł/os.
do
Cena od
 
 
Znajdź swoje
dodaj wspomnienie
Dodaj wspomnienie!
Podziel się swoimi
wrażeniami
z wycieczki
Oceń
 
 
 
 
 
 
Średnia ocena
nie oceniono
MAROKO 2000 - Relacja z wyprawy.
autor: Cezary Golik
dodane: 2001-03-26
termin-wycieczki: 16.07.2000 - 25. 08. 2000
Pomysł wyjazdu do Maroka pojawił się jesienią 1998 roku, tuż po powrocie z Rumunii i Bułgarii. Wiosną następnego roku przyszedł czas na bezpośrednie przygotowania. Wspólny wyjazd zaproponowałem Adamowi Widerze - ten niestety nie mógł. Starałem się znaleźć innych chętnych, co też się nie powiodło. Postanowiłem jechać sam - nie było mi to dane - nie dostałem wizy. Pojechałem jednak, tyle że do Bośni i Hercegowiny. Było fajne, ale Maroko ciągle siedziało mi w głowie.

Po wakacjach, w wrześniu, spotkałem Jacka Barcika. Szybko zapadła decyzja o następnej próbie wyjazdu. O dziwo znaleźli się kolejni chętni: Jacek Madeja, Adam Widera, Rafał Żak, a na koniec także Kasia Fus. Tym razem czułem, że się powiedzie... Rozpoczęły się przygotowania.Załatwiliśmy przewodniki i mapy, zbieraliśmy informacje o Maroku z wszelkich możliwych źródeł. Uzyskaliśmy poparcie władz naszych uczelni. Pomogła nam Kancelaria Prezydenta RP i pewna znana firma branży lotniczej (nazwy niestety nie mogę ujawnić). Na koniec udało się zorganizować tani przejazd do Hiszpanii. Najbardziej obawialiśmy się o wizy, ale Ambasada tym razem się do nas uśmiechnęła. Na początku lipca 2000 roku wszystko było gotowe.

Wyjazd do Hiszpanii

O 17.30 16 lipca 2000 roku stawiliśmy się wszyscy na katowickim placu Szarych Szeregów - to właśnie z tego miejsca miał odjechać autobus do Blanes w Hiszpanii. Plecaki powędrowały do bagażnika, Rafał i Jacek Barcik pożegnali kobiety swego życia. Odesłaliśmy do domu ojca Jacka Madeji, który właśnie co dowiedział się, iż na klawiaturze telefonu komórkowego jest znak '@'. Lekko spóźnieni wyruszyliśmy do Afryki.

Trasa autobusu wiodła przez przejście graniczne w Cieszynie, Czechy, Austrię, Włochy i Francję. Na następny dzień zaplanowany był postój we Włoszech, nad Jeziorem Garda, gdzie chętni mogli zabawić się w wesołym miasteczku 'Gardaland' (wjazd 30 000 lirów - 60 PLZ). My owszem bawiliśmy, ale nad samym jeziorem. Przez 6 godzin leżeliśmy na trawie, umilając sobie życie rzucaniem sandałami w Adama Widerę. O 21 autobus ruszył dalej. Jeszcze tylko jeden postój gdzieś we Francji i mogła rozpocząć się zasadnicza cześć ekspedycji.

Autostopem przez Hiszpanię

Do Blanes na Costa Brava (80 km na północ od Barcelony) docieramy o godzinie 10.00 rano 18 lipca 2000. Po wyjściu z autobusu, króciutka przerwa na przepakowanie i ruszamy na stację kolejową - przed nami 1100 km do Algeciras na południowym końcu Hiszpanii. Zaglądamy do kantoru wymiany (szyld CAMBIO; 1DM=85 PTAS, 1USD=174PTAS). Do stacji jest około 2 km - dostać się dam można autobusem (150 PTAS - typowa cena biletu w hiszpańskich autobusach miejskich).

My wybieramy jednak inna medotę..z plecakami , w palącym słońcu, gubimy drogę i przez to fundujemy sobie darmowe zwiedzanie plantacji hiszpańskich warzyw (czytaj 'unijnych' - tych co zabijają polskich chłopów). W kasie, gdyż nikt z nas nie potrafi obsługiwać automatu, kupujemy bilety do Casteldafels (15 km za Barcelonę w kierunku Maroka). Cena 515 PTAS (do centrum miasta było by około 400 PTAS). Bilety do kasownika (to ważne) i atakujemy peron, gdyż spiker już zapowiada nasz pociąg (odchodzą dokładnie co 30 minut).

Wspaniałym, klimatyzowanym pociągiem (właściwie to kolejką dojazdową) i w dodatku słuchając katalońskiej muzyki jedziemy do Barcelony (1,5h). Przez szyby 'zwiedzamy' wszystkie niemal kurorty Dzikiego Wybrzeża. Barcelona Sants to ogromny dworzec, w którym zbiegają się tory kolei, kolejki dojazdowej i metra. Naprawdę ciężko się zorientować o co tu w ogóle chodzi. Godzinę nam zajęło 'rozpoznanie' systemu połączeń - dopiero wtedy mogliśmy wyjechać za miasto.

Casteldafels

Wybraliśmy dlatego, że tutaj zaczyna się autostrada w kierunku Walencji. Zwiedzamy supermarket Champion - jeden z tańszych w Hiszpanii. Po zrobieniu skromnych zakupów kierujemy się na plażę - tutaj spędzimy naszą pierwszą kastylijską noc. Wieczór upływa nam na jedzeniu, gadaniu i kąpaniu się. Rozkładamy karimaty na bujnym trawniku, który od plaży oddzielony jest tylko deptakiem.

Jesteśmy zmęczeni, więc szybko wskakujemy do śpiworów. Nie dane nam było przespać tej nocy spokojnie. W pewnym momencie spod ziemi wyskakują dysze systemu nawadniającego (robocza nazwa 'kokotki') i uderzają w nas silnym strumieniem wody. Przyczyna dziwnej bujności tego skwerku jest nam już znana! W popłochu wycofujemy się na z góry upatrzone pozycje. Noc spędzamy 50m dalej - pod, oblanym moczem, płotem. Nie straszna nam jest obława policyjna, która nad ranem ma miejsce tuż obok nas, ani podchodzące do lądowania na barcelońskim lotnisku samoloty. Nam po prostu cholernie chciało się spać ! Rano startujemy na autostradę - dzielimy się na pary i rozpoczynamy 'łapanie stopa'. Jako miejsce spotkania wybieramy miasto Lorca leżące w połowie drogi do Algeciras (a dokładnie główny kościół w tym mieście). Nasze przygody po drodze, to temat na osobna opowieść (stronę www), niemniej jednak trzeba coś o tym napisać. Po kolei. Ja i Jacek Barcik postanawiamy się rozdzielić - będzie łatwiej 'złapać okazję'.

Udaje mi się to tylko raz (25 km).Potem wystałem się pełne 2 dni tuż przy wjeździe na autostradę w miejscowości Cunit, ale nikt nie chciał się zatrzymać. Do punktu zbornego dojechałem pociągiem. Jacek Barcik miał więcej szczęścia i 90 % drogi przebył autostopem (zajechał aż do Albacete, odwiedził też sanktuarium maryjne w Guadelupie). Jezus i Żaku owszem złapali kilka 'okazji', ale przejechali nimi tylko 50 km (czasami jadąc nawet w odwrotną stronę). Załamani skorzystali z najdroższego pociągu w Hiszpanii (patrz poradnik) Alarisa i w niesławie dotarli do Lorki. Adam i Kasia dotarli na miejsce wyłącznie 'stopem' - w dodatku byli tam pierwsi, a po drodze dostali jeszcze od kogoś 2 torby pełne owoców i napojów. Ludzie jak mnie to boli ! (nawet dzisiaj)

Lorca - punkt na mapie

Takimi oto sposobami uczestnicy wyprawy Maroko2000 zjawili się w Lorce - całkiem ładnym zabytkowym mieście gdzieś w centrum Hiszpanii. Udaje nam się wszystkim spotkać o pierwszej wyznaczonej godzinie - 3 dni od rozstania w Casteldafels. Jeden z ładniejszych skwerków w centrum miasta ustanawiamy naszą tymczasową rezydencją. Na gorąco dzielimy się wrażeniami. Jezus nie mogąc ścierpieć tego, że Smurfom ( czyli Adamowi i Kasi) udało się dojechać autostopem (oraz tego, że wydał 200 zł na pociągi) dostaje bólu egzystencjalnego. Zwiedzamy miasto.

Na wzgórzu można znaleźć ruiny zamku (zwróćcie uwagę na mauretańską bramę !) otoczone wspaniałą południową roślinnością (kaktusy, agawy i ostre wysokie trawy). Z zamkowego wzgórza sycimy się panoramą całej Lorki. Kto się nie boi, ten schodząc ze wzgórza może zwiedzić lorkańską 'medinę'. Co do 'mediny', to znajduje się tam siedziba Czerwonego Krzyża, gdzie darmo dają nocleg i wodę mineralną. Następnym punktem programu było kilka barokowych kościołów na które warto rzucić okiem. Wszyscy ostrzyli sobie jednak zęby na kawiarenkę internetową skąd mieli zamiar nadać SMSy do domu.

Wprawdzie mówiono nam, że w mieście są dwie takie instytucje (pytać o CYBER CAFE), ale okazało się iż jedna splajtowała, a dostęp do internetu w biurze informacji turystycznej jest raczej problematyczny. Trzeba było się pożegnać z netem. Szukaliśmy też supermarketu - jest tam takie jedno bydle - trudno do niego nie trafić. Następnie nasze wysiłki skupiły się na znalezieniu miejsca do spania. Oczywiście w grę wchodził jedynie 'odpowiedni' trawnik. Znalazł się. Tuż obok pustego koryta rzeki, na przeciwko jedynego w mieście basenu (zamkniętego !), odkryliśmy takie miejsce pod palmami. Trawa super, więc padły podejrzenia o to, iż jest nawadniana. Była, ale kokotki nas tym razem oszczędziły. Obok naszej trawnikowej 'sypialni' była też 'łazienka' - kurek z wężem - prawdziwe dobrodziejstwo bez którego nie przeżylibyśmy pobytu w Lorce.

Wieczorem produkowaliśmy preparat odurzający przy użyciu 'kranówy' i słodzika, który w połączeniu z zabawą w 'wiotkie nogi' (co to jest zostawimy dla siebie, bo pomyślicie że jesteśmy nienormalni) dało piorunujący efekt. Poszliśmy spać. Cały następny dzień (była to niedziela) spędziliśmy na trawniku w oczekiwaniu na autobus do Algeciras, który miał być dopiero następnego dnia wieczorem. Tym samym plan przejazdu reszty trasy autostopem został zarzucony. Próbowaliśmy urozmaicić sobie ten czas wycieczkami na basen i do supermarketu - oba były zamknięte. Poza tym tylko leżeliśmy, leżeliśmy...

Nadszedł poniedziałek. Przenieśliśmy się z trawnika na nasz skwerek w centrum. Prawdziwą sensacją było odkrycie supermarketu 'Plus', w którym ceny były zdecydowanie atrakcyjniejsze niż w innych hiszpańskich sklepach (patrz poradnik). Tam prawdziwa bomba (kaloryczna): budynie z bitą śmietaną za jedyne 15 PTAS (30 groszy). Kupiliśmy ich całe mnóstwo, a na naszym skwerze urządziliśmy zawody w konsumpcji. Rafał Żak stanął do walki o 100 DM. Musiał tylko zjeść ich 10. Nie dał rady - zniesiono go z areny.

Autobus do Algeciras miał wyjechać z Lorki o 22.45. Na godzinę wcześniej rozpoczęliśmy relokację na dworzec. Po drodze, pod wpływem budyniów, ułożyliśmy hymn naszego wyjazdu. Na dworcu pierwszy kontakt z Marokiem. Zgraja Hassanów i Abdullahów gotuje się do ataku na nasz autobus. Wyraz naszych twarzy przybiera wygląd negatywu banana. W autobusie jeszcze większy szok. Miejscówki nie mają znaczenia - każdy siedzi jak chce. Właśnie...każdy. Autobus to jedna wielka galeria podejrzanych mord. Każdemu z nas przypadł towarzysz siedzący obok i dysponujący dosyć 'ekscentrycznym' wyglądem. Spośród nich wyróżniliśmy dwóch najstraszniejszych kolesiów : Diabła Tasmańskiego i Kałmuckiego Harcownika. Może nam się tylko wydawało, ale mieliśmy wrażenie, że wszyscy mają ochotę na pozbawienie nas życia, a już na pewno naszych portfeli. Nasze własne gęby też są nieciekawe - bo wystraszone.

Przeprawa przez Cieśninę Gibraltarską

O 7 rano dojeżdżamy pod sam dworzec portowy w Algeciras. Szybciutko robimy rekonesans. Bilety w cenie 1945 PTAS (od 1 osoby) do Ceuty i 3500 PTAS do Tangeru (bez znaczenia u którego przewoźnika, a tych jest wiele). Można też płynąć szybkim katamaranem, który pokonuje trasę o 30 % szybciej. Cena odpowiednio 2400 PTAS i 4400 PTAS. My wybieramy tańsze bilety, co skazuje nas na półtoragodzinny rejs. Wcale nas to nie martwi. W okolicy portu jest dużo kantorów i banków - niestety kursy walut w Algeciras są nieco niższe niż w innych miastach (np 82 PTAS/1DM a zwykle bywało 85 PTAS/1 DM).

Długim korytarzem a potem jeszcze dłuższym pomostem zmierzamy w kierunku promu. Przed wejściem na trap kontrola biletów. Zajmujemy strategiczną pozycję na rufie (dobry punkt widokowy). Trochę się boimy, gdyż 2 tygodnie wcześniej w Cieśninie wydarzyła się katastrofa z udziałem właśnie promów - efekt : 8 Marokańczyków zmieniło stan skupienia. O 10.30 odbijamy od nadbrzeża. Najpierw widok zacumowanych w porcie kontenerowców. Następną atrakcją jest panorama Gibraltaru od którego dzieli nas, w linii prostej, około 3 km. Super widok - tego się nie zapomina. Gibraltar niknie po woli za rufą, by po chwili dać nam możliwość podziwiania Gór Rif. Jeszcze słowo o samym promie: pod pokładem można znaleźć kawiarnię i sklep wolnocłowy (tani alkohol) i ubikacje. Niezbyt czyste, ale za to z papierem toaletowym do woli. To ważne, bo w Maroku kupić go nie jest tak łatwo. Wiecie co robić, mi nie wypada o tym pisać. Dopływamy do Ceuty, jeszcze tylko procedura cumowania i już Żaku ( a właściwie jego chora noga) dostępuje zaszczytu zejścia, jako pierwsza, na afrykański ląd.Debiut w Afryce

Po wylądowaniu w Ceucie zakładamy bazę w portowym terminalu. Jezus i Żaku idą zasięgnąć języka, ja odpędzam natrętnych handlarzy narkotyków. Chłopaki wracają - okazuje się, że w tym mieście nie ma campingu, o którym przeczytaliśmy w przewodniku Pascala (padł 5 lat temu). Szybka narada i postanawiamy jeszcze dziś wjechać do Maroka. Idę załatwić wymianę pieniędzy. Kantorów jest w okolicach portu cała masa, więc nie ma z tym żadnego problemu. Na migi ustalam kurs na 4,92 DH (dirhama marokańskiego) za 1 DM. Dostajemy cały plik banknotów, a na każdym Hassan II (władca Maroka, który zmarł 23 lipca 1999 roku).

Ruszamy przez miasto w kierunku przystanku autobusowego. Pierwsze nieśmiałe spojrzenia na Afrykę : piękna kolonialna zabudowa miasta, palmy, marina i ostatni prawdziwy supermarket (w Maroku jest tylko jeden w Rabacie). Autobusem nr 7 z napisem 'FRONTERA' jedziemy do granicy (75 PTA i około 15 minut jazdy). Już widzimy przejście graniczne, niesamowity klimat : masa Marokańczyków w narodowych strojach atakuje granicę, jakiś facet chłodzi się w lodówce, góry śmieci, dźwięk klaksonów. Tak oto opuszcza się UE.

Chowamy dirhamy głęboko do plecaka, gdyż formalnie do Maroka nie wolno wwozić narodowej waluty (wywozić zresztą też nie). Jeszcze raz spoglądamy na swoje wystraszone twarze i ruszamy. Odprawa hiszpańska bez problemu. Potem jeszcze około 200 m i docieramy do marokańskiej części terminalu granicznego. Na szczęście jest specjalna ścieżka dla obcokrajowców, więc nie musimy się przepychać pomiędzy tubylcami. Mundurowy kieruje nas do okienka nr 4 - tutaj otrzymujemy bezpłatnie białe formularze wjazdowe do wypełnienia (jeszcze po hiszpańskiej stronie chciano nam je sprzedać za jedyne 5 DH !). Wypełniamy i oddajemy razem z paszportem przemiłemu facetowi w okienku. Procedura odprawy jest strasznie sformalizowana, ale bagażami nikt się nie interesuje - ważne są tylko wizy. Urzędnik wbija stempel do paszportu.

Witamy w Maroku !Mijamy jeszcze szlaban i trafiamy prosto w objęcia dziesiątków taksówkarzy oferujących ich cudowne maszyny gotowe zawieść nas w każde miejsce. Na wielkim placu ograniczonym z jednej strony lazurem morza a z drugiej wysoką skarpą tłoczy się chyba ze 100 jednakowych niebieskich mercedesów-beczek. Trzeba się targować o cenę jeśli się nie chce już na początku stracić połowy kasy. My jedziemy do odległego o 38 km Tetuanu (wynegocjonowana cena za 6 osób to 120 DH). Ku naszemu zdziwieniu taryfiarz oświadcza, że 6 osób z wielkimi plecakami zmieści się bez problemu w jednym aucie. Cóż - pewnie ma rację. Plecaki na dach, my do środka - ruszamy na podbój Maroka.

Tetuan - brama do Maroka

Jedzie wariat 80-100 km/h. Patrzymy na siebie z przerażeniem (będziemy na siebie w Maroku jeszcze wiele razy tak patrzeć). Wyprzedza ' na trzeciego' mówiąc 'no problem'. Wszyscy tutaj tak jeżdżą. 'Pochłaniamy' oczami Maroko. Jedyne co dziś pamiętam, to że droga do Tetuanu cała była udekorowana marokańskimi flagami. Tuż przed miastem przejmuje nas przesympatyczny naganiacz oferując nam nocleg w hotelu swojej ciotki za jedyne 20 DH od osoby. Zgadzamy się - Maroko nas zaszokowało - nie jesteśmy w stanie oponować. Taksówkarz wsadza nas blisko hotelu za co policzył sobie exstra 20 DH.

Abdullah, czyli nasz przemiły naganiacz, prowadzi nas do samego hotelu. Dobrze mówił po angielsku, więc wypytujemy go o wszystko. Hotel milutki. Dostajemy 6 osobowy pokoik na parterze. Ładny i całkiem schludny tyle, że za 5 DH więcej ( takich niemiłych niespodzianek będzie w tym kraju więcej). Siadamy na łóżkach musimy 'złapać oddech' - przecież nie spodziewaliśmy się znaleźć dziś w Maroku, ba nawet w Afryce.

Nie dane nam było długo odpoczywać - zjawił się nasz Abdullah oferując oprowadzenie po medinie. Zgadzamy się naiwnie licząc, że on to robi jedynie z uprzejmości. Geobells (pseudo Adama) i Kasia zostają w hotelu. Nasz przewodnik wiedział jak nas oszołomić. Wyprowadził nas z żydowskiej dzielnicy (Mellahu), w której znajdował się nasz hotel, na główny plac miasta (oczywiście Plac Mohammeda V), by momentalnie wrzucić w 'piekło mediny'. Dech nam zaparło. Ciasne uliczki pełne kramów, warsztatów rzemieślniczych i malutkich restauracyjek. Symfonia zapachów, kolorów i dźwięków

W ciągu następnych 17 dni pobytu w Maroku wiedziałem jeszcze wiele wspaniałych rzeczy, ale to właśnie mój pierwszy pobyt w medinie Tetuanu jest dla mnie najwspanialszym wspomnieniem z Maroka. Oglądamy targ, gdzie berberyjskie kobiety (mieszkanki Gór Rif) sprzedają dywany oraz uliczkę na której można kupić towar 'second hand'. Za chwilę przeżyjemy najmocniejsze doświadczenie z Maroka... Abdullah zaprasza nas do odwiedzenia domu Berbera - prawdziwego domu prawdziwego Marokańczyka. Nie wiemy jeszcze, że za chwilę poznamy najlepszego na świecie wyciskacza pieniędzy.

Piękny duży dom, którego ściany obwieszone są dywanami zdecydowanie dominuje na jednej z uliczek tetuańskiej mediny. U progu witają nas, kłaniając się w pas, Berber i jego pomocnik: 'Sala malejkum!'. Na początku zaprowadzają nas na dach, abyśmy mogli napatrzeć się na medinę z góry. Wspaniały widok na białe domki. Po chwili prowadzą nas do jednego z pokoi, aby rozpocząć prezentację dywanów - oczywiście po to by je nam sprzedać za 'umiarkowane pieniądze'. Częstują nas miętową i bardzo słodką herbatą - wspaniała. Berber po angielsku (zresztą włada kilkoma językami) zachwala swe dywany, podczas gdy jego pomocnik rozkłada je po kolei na podłodze. Wtedy już czujemy, że bez dywanu (i pieniędzy) stąd nie wyjdziemy. Kolejna faza to selekcja dywanów do zakupu. Ze sterty dywanów leżącej na podłodze wybieramy te, które nas interesują.

Wygląda to tak: pomocnik Berbera jeszcze raz prezentuje swoje szmaty, a my je akceptujemy słowem 'łacha' lub odrzucamy 'la'. Te które nam się podobają są odkładane na bok. Następna faza pobytu u gościnnego Berbera jest najgorsza - negocjacje ceny. Berber zarzeka się, iż cena nie będzie wysoka i pyta jaką cenę my gotowi jesteśmy dać. Tak na prawdę my wcale nie chcemy kupować - tyle, że nie bardzo jesteśmy w stanie odmówić (to dopiero 3 godziny w Maroku). W końcu facet przedstawia nam swoją propozycję : 1500 DH (300 DM) za jeden dywanik wielkości rozłożonej 'reklamówki'.

Rozwalił nas - nie mieliśmy się nawet siły śmiać. Rozpoczyna się targowanie: my nie jesteśmy w stanie dać tyle, a on mówi że to i tak 'po kosztach produkcji'. Proponujemy cenę niższą (było to chyba 300 DH) - Berber wybiega z krzykiem z pomieszczenia. Po chwili wraca i mówi, że może spuścić z ceny , ale nie aż tyle. My na to, że nie możemy kupić za takie pieniądze i zbieramy się do wyjścia. Berber znowu obniża cenę. My ciągle wychodzimy...Berber bierze na bok Jacka Barcika i proponuje mu specjalny dywanik z 'własnej kolekcji dla VIPów' po specjalnej cenie. Teraz jego cena to 500DH - dla nas o wiele za dużo. Taka przepychanka trwała jeszcze długo.

Przeplatana była wybuchami udawanego gniewu Berbera i naszym systematycznym zbliżaniem się do wyjścia jego domu. Koniec końcem ustalamy cenę 200 DH za dwa małe dywaniki. Berber spluwa i przystaje na naszą propozycję. Już bez zbędnego ceremoniału pakuje dywany w jednorazowe torby i rzuca je nam z pogardą. Myślimy, że to już koniec, ale ten gość wskazuje swego pomocnika i mówi by jemu dać napiwek. My dajemy 5DH , na co Berber żąda 5 USD. Wkurwił nas.

Wychodzimy na ulicę. Nie mamy sił - takie pranie mózgu. Nasz przewodnik wita nas na ulicy i pyta jak tam nasze zakupy. Urywa się jeszcze na chwilę, pod pozorem rozmowy z Berberem. A tak naprawdę to musi odebrać od niego procent od utargu. Po chwili wraca wyraźnie niezadowolony - my wiemy dlaczego...Prowadzi nas przez medinę do domu sprzedawcy przypraw (Spice House). Wiemy co za chwile się wydarzy, ostatkiem sił odmawiamy.

Chcemy już tylko wrócić do hotelu. Odprowadza nas jeszcze do kafejki interentowej (wysyłamy SMSy do Polski). W między czasie on idzie do hotelu (gdzie zostali Adam Widera i Kasia Fus) by od nich wyciągnąć należność za oprowadzenie po medinie. Dostaje 200 PTAS i buteleăzkę jodyny. Wkurwił się. Wracamy do hotelu i dzielimy się wrażeniami. Nie mamy już sił nigdzie wychodzić. Bierzemy zimny prysznic (za gorący płaci się zwykle exstra 5 DH) i idziemy spać.

Ja przystawiam łóżko do drzwi by w nocy nikt się nie włamał. Przydało się, bo w nocy ktoś chciał wyłamać drzwi. Następnego dnia już sami zwiedzamy medinę, pijemy miętową herbatkę w jednej z licznych kafejek, oglądamy też nowszą (pamiętająca Hiszpanów ) część miasta. Moim zdaniem tetuańska medina ma najbardziej marokański charakter z wszystkich medin, jakie widziałem w Maroku.

Tetuan : miasto-brama do Maroka, najciekawsza medina jaką widziałem, ładne nowe miasto, sporo turystów. Dom najlepszego z handlarzy dywanami. Nie sposób ominąć tego miejsca.

Szewszawan - niebieskie miasto

Rano startujemy na dworzec autobusowy, który jest w odległości 10 minut piechtobusem od Mellahu. Ciekawa dwukondygnacyjna konstrukcja. Parter to hala autobusowa z jednymi dużymi wrotami przez które autobusy wyjeżdżają na ulicę - takie rozwiązanie powoduje, że jest tam więcej niż duże stężenie spalin. Pierwsze piętro to poczekalnia i miejsce lokalizacji kilkunastu kas biletowych (każda kasa obsługuje inną linię autobusową). Kupujemy bilety (15DH od osoby) i prowadzeni przez przewodnika (a jakże - nawet tu ich pełno) idziemy do autobusu. Tutaj jeszcze maleńka i obowiązkowa opłata dla facetów pakujących nasze plecaki do bagażnika (5DH od sztuki). Jedziemy.

Autobus zdecydowanie lepszy od polskich Autosanów H9, choć równie niemłody. Widzimy pola pełne śmieci wśród których dominują czarne worki foliowe. Po godzinie (60 km) Szewszawan - miasto w środku Gór Rif. Od razu wpadamy w ręce naganiacza, który prowadzi nas do hotelu. Wprawdzie tani (20 DH od osoby), ale pokoiki ciasne i jest tylko 5 miejsc.

Rezygnujemy. Zakładamy bazę ogniową tuż za murami mediny. Ja z Jezusem idziemy szukać hotelu. Szybko okazuje się, że miejsca są ale dużo droższe niż chcielibyśmy zapłacić. Jest to efekt napływu do tego miasta setek turystów kapitalistycznych. Jedyny plus to to, że standard hoteli jest znacznie wyższy. W końcu znajdujemy ładny pensjonat przy głównej ulicy mediny (wynegocjonowana cena od głowy 28,5 DH). Jest nawet ciepły prysznic w cenie ! Słowem luksu.

Ruszamy zwiedzać medinę. Wspaniała - masa niebieskich uliczek. O dziwo jest tu całkiem czysto. Ładny ryneczek, kazba (10 DH - raczej nieciekawa), oczywiście masa meczetów. Wieczorem miętowa herbatka w kafejce (szklanka 3DH ), soczek ze świeżych pomarańczy (szklanka 4DH ) i ciasteczka (2-4 DH). Ten dzień zaliczamy na plus.

Wyprawa w Góry Rif

Rano organizujemy wyprawę na dominujący nad Szewszawanem szczyt (nieco ponad 2000 m npm). W grupie uderzeniowej znaleźli się Jacek Barcik, Adam Widera i Cezary Golik. Druga połowa zostaje w obozie jako grupa wsparcia (cały dzień grali w karty). Bierzemy tylko 2 butelki wody, co miało okazać się wielkim błędem. Wychodzimy z miasta i ruszamy w kierunku żlebu, którym mamy zamiar dostać się powyżej skalnego progu oddzielającego podnóże góry od hal powyżej. Mijamy ostatnie chałupy, jakiegoś pasterza. Temperatura rośnie bardzo szybko (zbliża się południe), a tutaj ani odrobiny cienia. Idziemy pasterską ścieżką, pod nogami osypują nam się kamienie, cierniste krzewy ranią nogi. Wody zabrakło jeszcze przed szczytem.

Zdobywamy górę po 2 h 45 min. Krótki 5 minutowy odpoczynek, kilka fotek i zmykamy na dół. Bardzo zmęczeni docieramy do miejsca startu po 2h. Na szczęście spotykamy pasterza, który częstuje nas wodą ze studni (1DH). Przechodzimy obok małego meczeciku znajdującego się na wzniesieniu ponad miastem i już jesteśmy u bram mediny. Ze zmęczenia, nie mając siły podnosić nóg, rozwalam sobie palec o schody. Docieramy do hotelu. Przewracamy na łóżka. Było fajnie. Wieczór standardowy - kafeja i soczek pomarańczowy.

Szewszawan: bardzo ładny, ciekawy i jakiś taki 'miły', malutki i cichy, schludny (hotele), dosyć drogi. Koniecznie trzeba odwiedzić. Wazzan - po prostu nic ciekawego

Czas opuszczać Szewszawan. Musimy przejść na drugi koniec miasta, gdzie znajduje się dworzec autobusowy (około 2 km). Ulice zablokowane, gdyż właśnie odbywa się wyścig kolarski - kolarze jadą na wszystkim co tylko ma pedały od 'składaka' do 'ukrainy'. Tłum wiwatuje - cóż, po prostu Maroko... Na dworcu czekamy na autobus do Wazzan około godziny (cena 15 Dh + 5DH), po następnych dwóch docieramy na miejsce. Szybko przekonujemy się, że jest to nieciekawe miejsce.

Przy pomocy naganiacza trafiamy do hotelu - całkiem fajny (28,5 DH, zimy prysznic only). Zwiedzamy miasto : mała i bardzo nieciekawa medina, ryneczek też średnio ciekawy. Tankujemy sok pomarańczowy (tutaj 3 DH) oraz 'landrynówę' czyli słodki napój sprzedawany przez lodziarzy (duża szklanka 1 DH, mała 0,5 DH ). Ktoś nas informuje, że niedaleko stąd polscy inżynierowie budują zaporę na rzece. Dowiadujemy się także, że jest tu basen. Tego nam trzeba było - ręczniki na ramię i ruszamy... Ze zdziwieniem obserwujemy, jak ludzie na ulicach przyglądają nam się z rozbawieniem. W pobliżu kąpieliska dołącza do nas cała grupa dzieci, które śmiejąc się towarzyszą nam aż do wejścia. I wtedy przekonujemy się dlaczego wszyscy byli tak rozbawieni naszym widokiem. Basen jest, tyle że pusty. Klęska - chowamy ręczniki i ze spuszczonymi głowami wracamy do hotelu.

Wieczorem miasteczko nabrało uroku, ale mimo to postanawiamy następnego dnia je opuścić. Na ulicy degustujemy gotowane ślimaczki (1DH za miseczkę). Sprzedaje je facet wprost z wózka. Konsumuje się je przy pomocy agrafek wbitych w cytrynkę, za pomocą których wyciąga się te zwierzaczki ze skorupek. Po skończonym posiłku należy owe sztućce wbić na powrót do cytrynki. Stwierdziliśmy, że ślimaki są narodową potrawą Marokańczyków, a do dobrego tonu należy puste skorupki wyrzucać prosto pod nogi. Nikt się tym nie przejmuje, a my chyba naj mniej.

W Wazzanie też po raz pierwszy spróbowaliśmy owoce kaktusów. Oczywiście na ulicy. Kolczaste bulwy sprzedawca rozkrawa na oczach zainteresowanych po czym, brudnymi rękami i z uśmiechem, wręcza je do spożycia. Smak zbliżony do owocu kiwi. Cena 1 DH za 4-5 sztuk. Można je też kupić na targu warzywnym - cena 5 DH za 2-3kg - lub samemu zebrać przy drogach (kaktusów tam pełno).

Wazzan to nieciekawe i brudne miasto, ale za to dużo tańsze niż inne. Turystów bardzo mało. Hoteliki i pensjonaty dosyć ładne. Dobre na 1 dzień pobytu.

Fez - zbyt gorące miasto

Nazajutrz pakujemy się i ruszamy na dworzec autobusowy bardzo wcześnie, bo już przed 7.00. Dlaczego? Przez Wazzan przejeżdżają tylko autobusy 'przelotowe' - im wcześniej się pójdzie tym większa szansa na zdobycie miejsca siedzącego. Poza tym w czterogodzinną podróż do Fezu lepiej wyjechać wcześniej, jeśli się nie chce ugotować w rozgrzanym pudle autobusu. Bilet do Fezu ( ~110 km) to 20 DH + 10 DH za bagaż (dłuższa trasa). O dziwo przeżyliśmy podróż - choć było gorąco. W Fezie ktoś ściągnął nam, bez pytania, bagaże z dachu autobusu za co zażądał 10 DH od sztuki. Tylko nasza stanowcza odmowa (przy użyciu kilku cierpkich słów) uchroniła nas od tego wydatku. Obóz tymczasowy na dworcu autobusowym. Duży i nowoczesny budynek. Wspaniałe kanapki z tuńczykiem i sałatkami (5DH). Adam Widera i Jacek Barcik ruszają szukać hotelu.

Po godzinie okazuje się, że znaleźli miejsca w Hotel Jardin de Public - miejscu o którym przewodnik Pascala wypowiadał się takimi oto słowami : 'toalety i prysznice to materiał na powieść kryminalną' . Miał rację (patrz zdjęcie). Poza tym był to najdroższy hotel w jakim spaliśmy w Maroku (35 DH, cold shawer only). Pokoik cholernie ciasny. W nim umywalka, a z kurka ciągle kapie woda - zwariować się da !). Największym wrogiem turysty w Fezie jest klimat - strasznie gorąco, powietrze bardzo suche, kurz. Nawet w Marakeszu było milej. Pomiędzy godziną 11 a 18 żyć się nie dało.

Wieczorem zwiedzamy miasto - bardzo duża i ładna medina (9400 uliczek); szkoda tylko, że zatraciła narodowy charakter na rzecz sprzedaży pamiątek za wszelką cenę, piękne mury miejskie, wspaniały pałac królewski, ładne nowe miasto. Dla nas największą atrakcją był supermarket 'La Gare' położony w pobliżu dworca kolejowego. Miał w prawdziwe wielkość polskiego sklepu osiedlowego, ale za to był samoobsługowy. Można było w końcu 'pomacać' produkty - ah jakie to wspaniałe ! Dwa dni w Fezie upłynęły nam na słuchaniu naszego kranu i oczekiwaniu na godzinę 18, o której można było wyjść na miasto.

Fez: dużo zabytków i jeszcze więcej turystów, ceny wysokie, klimat straszny, jest wreszcie kolej i supermarket, bankomat też się znajdzie. Koniecznie trzeba to miasto zobaczyć

Meknes - tylko tutaj możesz obejrzeć marokańskiego porniola

Opuszczamy Fez i jedziemy do Meknes. Tym razem pociągiem. Z mediny na dworzec kolejowy jest około 3 km (można autobusem 1,5 DH). Był ranek więc szedłem piechotą, reszta wybrała autobus. Cena biletu do Meknes to 16 DH (za bagaż wreszcie się nie płaci). Pociąg jest (Made in Belgium) klimatyzowany. Rany ale to fajne. Odległość około 50 km pokonujemy w niecałą godzinę. Dworzec w Meknes bardzo malutki. Położony około 30 minut piechotą od mediny. Po drodze banki z bankomatami.

W medinie duży wybór hoteli (cena wszędzie 30 DH). Klimat ciągle ciężki. Wieczorem wybieramy się na zwiedzanie miasta : medina absolutnie odrażająca (mała i zabiedzona, zero sklepików, trochę warsztatów), duży targ na którym można kupić wszystko od ZX Spectrum do siatki ogrodzeniowej, fajny plac główny zamknięty z jedne strony piękną bramą w stylu oczywiście arabskim, pałac Mulaj Idrisa ( trochę ubogi, kawałek mozaiki, 2 fontanny i grób klienta). Wieczorem zaproszeni przez biletera idziemy obejrzeć marokańskiego porniola (wjazd do kina 5DH + 1 DH dla biletera za oświetlenie drogi, gdyż się spóźniliśmy). Zrobił sobie facet z nas głupi żart - musieliśmy oglądać pieprzony melodramat. Poza nami na sali było jeszcze tylko kilku Marokańczyków (wyraźnie zachwyconych rozwijającą się akcją celuloidowego arcydzieła). Wyszliśmy po 15 minutach (rozbawieni do łez) i skierowaliśmy się do kafejki internetowej (10 DH/h).

Następnego dnia wszyscy za wyjątkiem mnie pojechali zwiedzać święte miasto islamu Mulaj Idris i położone niedaleko od niego ruiny rzymskiej osady Volubillis (wejście 10 DH). Jedynym sposobem dotarcia tam jest taksówka - za 240 DH taryfiarz zawiózł ich w oba miejsca i spowrotem do Meknes - za każdym razem czekając około godziny na to by sobie mogli spokojnie pozwiedzać. Samo miasto średnio ciekawe (można tam zobaczyć jedyny w Maroku okrągły minaret). Należy w nim być 'stosownie' ubranym, a niewiernym nie wolno w nim przebywać po zachodzie słońca.

Jeśli chodzi o Volubillis to ocena wypada 5+. Volubillis to rzymska osada handlowa położona na krańcu dawnego imperium. Można tu znaleźć dobrze zachowane pozostałości bazyliki i kapitolu, piękne kolumy, bramy, ale najwspanialsze są mozaiki. Cała piątka wróciła, peła wrażeń, po około 4 godzinach. To było kolejne niezapomniane doznanie w Państwie za Słupami Heraklesa. Meknes, Mulaj Idris, Volubillis : należy koniecznie zobaczyć, turystów dużo, wszystko można zrobić w 2 dni

Rabat - to trzeba zobaczyć

Rankiem zabieramy się z hotelu i idziemy na stację kolejową. Bilet do Rabatu to wydatek 50 DH. Pociąg oczywiście się spóźnia, w środku tłok, 2 h 50 min. stania w korytarzu. Wysiadamy na głównym dworcu w samym centrum miasta. Oczywiście tutaj będzie nasza baza, a ja i Adam Widera idziemy szukać noclegu. Pomyliliśmy kierunek i zamiast do mediny trafiliśmy do dzielnicy rządowej. Bardzo ładne budynki ministerstw, strażnicy przed bramami, aleje wysadzane palmami - super - warto zobaczyć. Zmieniamy kierunek o 180 stopni (idziemy oczywiście Aleją Mohammeda V). Okazuje się, że z dworca do mediny jest tylko kwadrans marszu. Szybciutko znajdujemy przytulny Hotel Regina (30 DH). Dostajemy dwa bardzo ładne trzyosobowe pokoiki.

Idziemy do knajpy na obiad, potem przez cmentarz nad Atlantyk. Ja, Kasia Fus i Adam Widera bierzemy kąpiel. Ocean cieplutki i ogromnie falujący. Wracamy do hotelu. Wieczorem, już w pełnym składzie, wybieramy się na zwiedzanie miasta. Oglądamy kazbę, zburzony przez trzęsienie ziemi w XVIII w. meczet i znajdujące się tuż obok niego mauzoleum Mohammeda V (w środku z galeryjki widać grób MV oraz znajdujący się obok sarkofag Hassana II, który zmarł rok temu i chyba czeka na swoje mauzoleum). Meczet i mauzoleum wjazd darmo. Niedaleko od tego miejsca znajduje się jedyny w Maroku prawdziwy hipermarket - w zaistniałej sytuacji warto go 'zwiedzić'.

Bardzo sprzyjający zwiedzaniu jest klimat w Rabacie (podobny jest w znajdującej się 50 km na południe Casablance) - wilgotny niezbyt gorący. Godzinami można chodzić po mieście nie czując pragnienia. Następnego dnia udajemy się pod pałac królewski. Należy wejść w głąb dzielnicy rządowej. Sam pałac otoczony jest wieloma hektarami ogrodów i willi różnych dostojników. Dojść można aż pod pałacową bramę. Choć sama stolica Maroka ma charakter europejskiej metropolii , to znajduje się tam też medina. Niestety nieciekawa. Mimo to Rabat jest super !

Rabat: wspaniałe zabytki, mauzoleum Mohammeda V, dzielnica rządowa i pałac królewski, bulwary nowego miasta. Turystów dużo. Przyjazny klimat.

Casablnaca - tylko meczet, ale jaki...

Kolejny dzień i czas wyruszać do Casablanki. Jedziemy pociągiem z głównego dworca. Cena biletu 15 DH. Czas podróży około 1 h. Pociągów z Rabatu jest dużo - większość jedzie na stację Casablanca Vouageurs, ale lepiej 'złapać' pociąg do stacji Casa Port (bliżej meczetu). Moim skromnym zdaniem jedyna rzeczą wartą zwiedzenia jest właśnie meczet Hassana II (ukończony na 60 urodziny króla w 1993 roku; koszt 800 mln USD). Medina a szczególnie nowe miasto są do pominięcia - choć nie sposób o nie nie zahaczyć w drodze do meczetu. On sam znajduje się na skalnym cyplu nad Atlantykiem. Lakonicznie można by powiedzieć, że jest : duży , duży i śliczny. Ma największy na świecie minaret (210 m) i jest najczystszym miejscem w Maroku. Wejście do środka kosztuje 100 DH (studenci 50 DH). Po prostu trzeba to zobaczyć.

Oglądaliśmy meczet na dwie tury, ta połowa z nas która pilnowała bazy, położonej na fajnym skwerku, umilała sobie czas jedząc ogromne pączki z dżemem (1,5 DH). Po nastaniu zmroku przenieśliśmy się wszyscy na dworzec Casa Vouageurs skąd mieliśmy pociąg do Marakeszu. Przy dworcu można kupić, od ulicznego sprzedawcy, świetne 'hamburgery' z rybą i sałatkami. Cena 5 DH, choć gość widząc kapitalistycznych turystów próbuje oszwabić o kolejne 5 DH - należy głośno oponować - 'kurwa' o natężeniu 120 dB załatwia sprawę. W pobliżu dworca są także całodobowe sklepy - więc noc na peronie można sobie jakoś umilić.

Siedzimy obok dworcowego meczetu (właściwie to taka kaplica) w którym faceci oddają się codziennej gimnastyce polegającej głównie na tzw. siadzie klęcznym ze skłonami w przód. Gramy w karty i jemy. Przyplątało się dwóch lokalnych meneli - mili faceci, tylko dlaczego chcieli ode mnie 20 DH? Poznaliśmy też młodego marokańskiego inżyniera elektryka, który czekał na przyjazd przyjaciela. Dobrze mówił po angielsku (oczywiście także po francusku), ale zadziwił nas tym, że o Polsce nie wiedział nic. Ani jednego hasła - po prostu nic. Ciekawe, gdyż my coś tam o Maroku zawsze wiedzieliśmy (że jest królestwem, że stolicą jest Rabat itp). Za pół godziny będzie pociąg... Casablanca: meczet trzeba zobaczyć, nowe miasto to kopia europejskich metropolii, medina zupełnie nieciekawa

Marakesz - zobaczyć ten plac i umrzeć

O 1.30 mamy pospieszny do Marakeszu. Cena 70 DH. Czas 3,5 h. Odległość 230 km. W przedziale poznajemy sierżanta armii, który stacjonuje na Saharze Zachodniej. Zaprasza nas do siebie na pustynię - może skorzystamy. W Marakeszu jesteśmy o 5.00. Musimy przesiedzieć jeszcze jakiś czas na dworcu, bo o tej porze nie znajdziemy żadnego hotelu. Po godzinie ruszamy w kierunku mediny. Idziemy długimi, szerokimi bulwarami. Docieramy do skrzyżowania, które znajduje się pomiędzy meczetem a głównym placem Marakeszu. Stąd ruszamy szukać hotelu. Jest jeszcze wcześnie, więc goście nie zdążyli ich opuścić. Nam jednak szczęście dopisało i znaleźliśmy najlepszy hotel w jakim spaliśmy w Maroku (cena tylko 28,5 DH). Duże i ładne pokoje, ciepły prysznic. Idziemy spać - przecież ostatnią noc spędziliśmy w pociągu. Wstajemy o 17.00. Pora ruszać na zwiedzanie miasta. Miało się okazać, że na prawdę jest co zwiedzać. Na pierwszy ogień idzie medina. Duża, na prawdę duża.

Spodziewałem się, że podobnie jak w Fezie, nie będzie miała marokańskiego charakter, a zamiast tego same souveniry. Na szczęście, gdy się człowiek oddali od głównego placu, to da się jeszcze coś znaleźć. Cała medina jest czerwona (pamiętacie Szewszawan ? Był niebieski). W części z pamiątkami można kupić prawie wszystko - kameleony i inne jaszczury, małpę , węża i co tam jeszcze tylko chcesz w temacie 'organizmy żywe'. W Marakeszu znajduje się kilka pałaców (10 DH) - my chcieliśmy się 'podłączyć' do jakieś wycieczki zorganizowanej, by nie płacić za bilet. W końcu wyglądaliśmy tak samo jak Amerykanie czy Angole. Czaimy się, więc obok jednego z pałaców i czekamy... Idzie wycieczka, już chcemy się 'wtapiać' w grupę. Mały problem - to Koreańczycy. Cholera ! Pałac odpuszczamy.

Najciekawszym miejscem w tym czerwonym mieście jest główny plac. Pewnie go widzieliście w jakimś filmie. W dzień raczej nieciekawy i strasznie wygrzany w słońcu. Natomiast w nocy zmienia się w oszałamiający teatr kolorów, zapachów i dźwięków. Pojawiają się kramy-restauracje w których można zjeść niezłą kolacyjkę (pełen serwis to wydatek około 40-50 DH), są oczywiście kramy z sokiem pomarańczowym (z powodu dużej konkurencji najtańszym w Maroku, szklanka tylko 2 DH). Ale najwspanialsze wrażenia dostarczają uliczni artyści. Można tam zobaczyć (i posłuchać) grupę bębniarzy ( to jest tu chyba najciekawsze), zaklinaczy węży, 'posiadaczy małp' (tak to określił Adam Widera), bawi tam też człowiek-guma, połykacze ognia, facet który chodzi po szkle (trochę mu stopy krwawiły, ale to chyba jest wliczone w ryzyko zawodowe). Na prawdę jest to zajebista sprawa, której nie wolno ominąć podczas wycieczki po Maroku. Warto zanurzyć się w obłoki dymu osnuwające plac i spędzić tam choć jeden wieczór.

Dobrym pomysłem jest wybranie się do jednej z restauracji znajdujących się w otaczających plac budynkach. Ale wyłącznie do takiej która ma taras z widokiem na plac. Aby wejść na niego trzeba kupić przynajmniej butelkę coca-coli lub fanty (5DH). To mała cena jak za taki widok. Jeszcze raz to powiem - ten plac trzeba odwiedzić. Amen. Pora zrywać się z Marakeszu.

Planujemy jednym skokiem dojechać aż w okolice Tangeru. O 12.00 opuszczamy hotel. Około godzina marszu na dworzec kolejowy. Żałujemy, że nie zdecydowaliśmy się pokonać tej trasy bryczką, która do złudzenia przypomina te z Zakopanego (tylko furman nie ten). Cena około 15 DH od osoby - trzeba się targować. Kupujemy bilet do Tangeru (143 DH). Pociągiem do Casa Vouageurs, a tutaj po kilkugodzinnym oczekiwaniu, pakujemy się do osobowego na Tanger. Wagon zdecydowanie o niższym standardzie niż w pociągach pospiesznych. Ale to nie jest najważniejsze - ten wagon jest jakoś dziwnie znajomy. Pociąg jedzie wolno, stając na niezliczonej ilości stacyjek. Powoli wypełnia się miejscowym menelstwem zdążającym w kierunku Tangeru. Na prawdę nieciekawy kontrast względem pociągów pospiesznych. Mało tego - ci ludzie chyba nie darzą nas sympatią.

Na szczęście nasza stacja (Asilah, 30 km na południe od Tangeru) jest już blisko. Przepychamy się z walizkami do wyjścia. Nie spodziewanie Jacek Madeja zauważa na ścianie wagonu tabliczkę znamionową, na której było napisane (PAFAWAG Wrocław 1976) - no i już wiemy dlaczego nas ten wagon tak zaciekawił. Asilah to kurort nad Atlantykiem wielkości naszej Łeby czy Ustki. Tuż obok stacji kolejowej przechodzi droga Tanger-Rabat-Casablanca, a za nią jeszcze 200m do oceanu. Do miasta jest około 2 km (kierunek południowy). My mamy zamiar spać na campingu. Wybór jest duży. Wszystkie z nich znajdują się przy drodze. Bliżej miasta położone są te lepsze (ze sklepem i czystszymi kiblami, co wcale nie oznacza, że z czystymi)- Cena 15 DH namiot i 15 DH osobnik.

Tańsze pola namiotowe można znaleźć w odległości 3 km na północ od Asilah (kible to horror, są kłopoty nawet z wodą) - mowa o 'Camping Sahara' na którym spaliśmy płacąc 10 DH namiot i tyle samo od osoby. Rekompensatą za warunki pobytu jest wspaniała, piaszczysta, szeroka na 200 m plaża. Woda cholernie zimna przez cały dzień (ciekawe). Do centrum można dostać się wyłącznie 'z buta'- godzinka marszu. A tam tylko cytadela (mała i ładna, 10 DH), ryneczek i zupełnie nie warta odwiedzin medina. Knajpki na prawdę drogie - droższe nawet niż w Marakeszu. Jest tu bank (bankomat też), sporo sklepików. Wszystko można zobaczyć w 2 godziny. Wieczorem troszeczkę ciekawiej.

Marakesz: wspaniałe miasto w kolorze czerwonym, głowny plac, medinę i pałace trzeba zobaczyć. Klimat nieprzyjazny. Tylko 30 km do gór Atlasu.

Opuszczamy Maroko

W Asilah zostaliśmy tylko jedna noc, choć mieliśmy zamiar 2-3 dni - tu na prawdę nie ma co robić. O 5.00 łapiemy osobowy do Tangeru (45 minut lotu 'pafawagiem'). Miasta nie zwiedzamy. Od razu załatwiamy taryfę do Ceuty (na granicę). Ustalamy cenę kursu na 250 DH. Ruszamy by po chwili podjechać na stację benzynową. Kierowca, z papierosem w gębie, idzie tankować. Oblał sobie łapy etyliną po czym przełożył papieroch z ręki do ręki i dokończył taktowanie. My (siedząc w szóstkę ściśnięci w samochodzie) obserwujemy to z przerażeniem. Facet wraca z kierownicę, ruszamy. W aucie woń benzyny - kierowca otwiera szyberdach - jego zdaniem sprawa załatwiona. Nagle ktoś zauważa, że z radia samochodowego się dymi - jesteśmy już zobojętniali.

Droga do Tetuanu naprawdę dobra, miasto omijamy obwodnicą i wjeżdżamy, na dużo gorszą, asfaltówkę do granicy. Cała trasa to ponad 100 km (1,5 h). Wyskakujemy na tym samych placu, z którego ruszaliśmy 17 dni wcześniej. Wydajemy ostatnie dirhamy i idziemy w kierunku szlabanów. Znowu okienko nr 4. Około godziny oczekujemy z innymi obcokrajowcami na odprawę. Wypełniamy darmowe, ale tym razem żółte, deklaracje wyjazdowe. Naszych bagaży nikt nie sprawdza. Stempel do paszportu z napisem 'Sortie' i kierujemy się w kierunku odprawy hiszpańskiej. Tutaj mundurowy macha tylko ręką na nasz widok i jesteśmy znowu w Hiszpanii. Przestawiamy zegarki +2h. Jest godzina 11.30 10 sierpień 2000 roku.

Prado lub Gibraltar

Szybciutko ładujemy się do autobusu miejskiego (75 PTAS) i po 15 minutach jesteśmy w centrum. Idziemy w kierunku portu. Po drodze odwiedzamy nasz znajomy supermarket (ceny w nim wysokie, ale można sobie trochę popchać wózek). W terminalu portu bierzemy gruntowną 'kąpiel' w na prawdę czystej toalecie. Rozdzielamy się Jezus i Żaku wchodzą na najbliższy prom, gdyż spieszą się na pociąg do Barcelony (już wcześniej postanowiliśmy się rozdzielić). Zostajemy we czworo. Jacek Barcik idzie zwiedzić muzeum hiszpańskiej Legii Cudzoziemskiej (wstęp darmo). My robimy ostatni spacer po mieście - takie nasze 'pożegnanie z Afryką'.

Po powrocie kupujemy bilety na prom - po raz pierwszy udaje nam się zrobić użytek z karty ISIC (20 % upustu na bilecie). Nie pamiętam, która to linia przewozowa uwzględniła nasza kartę, ale wniosek z tego jeden - zawsze należy się pytać o ulgi. 15.30 wsiadamy na prom. Po kwadransie ten odbija od nadbrzeża i już płyniemy do Algeciras. Afryka żegna nas wspaniałą pogodą, morze ma kolor lazuru. Smutno nam. Już widać gibraltarską skałę, po chwili także majaczy przed nami wieża kapitanatu naszego docelowego portu. Po zejściu z pokładu, już w terminalu portowym, przechodzimy jeszcze quasi kontrolę graniczną.

Spotykamy Jezusa i Żaka - nie udało im się kupić biletów do Barcelony - są wykupione na dwa dni do przodu. Chłopaki będą jechać przez Madryt, gdzie zwiedzą Prado (cena takiego biletu to 10500 PTAS). Nasza czwórka postanawia nazajutrz zwiedzić Gibraltar i wyjechać stąd po 2 dniach. Jacek Barcik, Adam i Kasia pojadą do Grenady pociągiem (2650 PTA) zwiedzić Alhambrę. Ja do Barcelony z przesiadka w Bobadilla ( 7750 PTAS ). Żegnamy się z Jezusem i Żakiem na dworcu kolejowym (oni mają pociąg około 21). My idziemy szukać rowu do spania. Po półgodzinie marszu przekraczamy trasę Algeciras - Kadyks - tutaj będziemy spać. Mamy stąd wspaniały widok na zatokę i Gibraltar Oczyszczamy podłoże z ostrych traw i zakładamy nocny biwak.

6 godzin w Wielkiej Brytanii

Wstajemy około 10. Nie spieszymy się. Na dworcu autobusowym w oddajemy bagaże do przechowalni (200 PTAS sztuka). Można oddać też do automatycznych skrytek, które znajdują się na wszystkich dworcach w całej Hiszpanii (400 PTAS skrytka - jeden 100 litrowy plecak wejdzie). O 11.30 mamy autobus do La Linea de la Conception - hiszpańskiego miasteczka przy granicy z Gibraltarem. Cena biletu 235 PTAS, czas jazdy 45 minut. Wysiadamy na dworcu autobusowym, który znajduje się nie więcej niż 300 m od przejścia granicznego z Gibraltarem. Odprawy granicznej nie ma w ogóle. Prosimy o stempel do paszportu - taka mała pamiątka. Budynki przejścia granicznego od półwyspu oddziela pas lotniska przez który prowadzi droga (w tym miejscu należy zaznaczyć, że w Gibraltarze jest ruch prawostronny).

Mamy szczęście akurat startuje samolot British Airways. Niesamowite wrażenie. Chwilę po tym, gdy stalowy ptak oderwał się od pasa, unoszą się szlabany i już można zaatakować The Rock. Wita nas pomnik z napisem 'Gibraltar kołyska historii'. Stoimy u podnóża Skały. Możemy się przekonać jaki ogromy ścisk panuje tutaj (29 tys. ludzi na 3 km kw.). Po prostu głód miejsca pod budowę. Zwiedzamy główną uliczkę miasta - czujemy się jak na Wyspach : czerwone budki telefoniczne, puby, policjanci tzw. Bobbies, plakaty Spice Girls, pamiątki po Dianie... Idziemy w kierunku najbardziej wysuniętego na południe miejsca na cyplu (tzw. Europa Point). Po drodze przechodzimy obok stacji kolejki linowej, którą można dojechać na szczyt The Rock (400 m npm). Cena przejazdu (single ticket 2,50 , return ticket 4,90 funta). Potem zwiedzamy ogród botaniczny - ładny i za darmo !. Dalej przechodzimy obok posterunku policji, fortu w którym znajduje się wielkie, ważące 100 ton, działo z epoki wiktoriańskiej (wjazd 2 funciaki).

Przechodzimy małym tunelem wykutym w skale i już jesteśmy na gibraltarskiej plaży - maluteńka ale zachęcająca do kąpieli. Trzeba się umyć (spaliśmy przecież w rowie)- idziemy do wody. Dno bardzo szybko ustępuje spod nóg (5 m od brzegu jest 2 m głębokości). Widzimy zacumowane tuż obok nas wielkie pełnomorskie statki. Po kąpieli idziemy dalej. Jeszcze jeden tunel i jesteśmy pod gibraltarskim wodospadem (może to ujście ścieków ?). Kolejny, tym razem mający dobre 300 m tunel, i jesteśmy na Europa Point. Stoi tutaj malutki meczecik i zgrabna latarnia morska - ładny punkt widokowy. Kilka fotek i drałujemy dalej. Mamy zamiar teraz wrócić drugą (wschodnią) stroną Skały, która momentami przybiera formę ściany schodzącej wprost do wody. Po tej stronie jest cisza i spokój, słyszymy tylko mewy i fale uderzające w urwisty brzeg. Mijamy fabrykę przerobu śmieci. Niestety po chwili chodnik się kończy, a idąca obok droga ucieka wprost do tunelu. Wracamy-wejście w tunel jest nazbyt niebezpieczne. Tą samą drogą, by po około godzinie marszu dojść do wyjścia z Gibraltaru. Na granicy małe zamieszanie - chyba szukają terrorystów z ETA, bo wszędzie rozklejone portrety pamięciowe (kilka dni temu był zamach bombowy w Maladze). Szybki skok na dworzec autobusowy i wracamy do Algeciras. Odbieramy bagaże i wracamy do naszego rowu. Wieczór na biwaku umilamy sobie rozmowami o podboju kosmosu.

Gibraltar : skrawek Brytanii gdzieś na końcu Europy-warto zobaczyć choćby z tego powodu; turystów cała masa, ceny okrutne do potęgi ( koszulka z napisem 'GIB' 15 funtów , piwko w knajpce 2 - 3 funty, przejazd autobusem miejskim 0,7 funta) . W 6-8 godzin można zwiedzić wszystko.
19. Costa Brava

Moi towarzysze wstają o 6.00 i po piętnastu minutach opuszczają biwak. Za pól godziny mają pociąg do Grenady (tam będą zwiedzać Alhambrę i następnie przesiądą się na autostop w kierunku Barcelony). Ja sobie jeszcze troszeczkę pośpię. Budzę się przed dziewiątą - słońce nie daje mi dłużej pospać. Dzień wita mnie wspaniałym widokiem na Gibraltar i lazur zatoki. Po 10 opuszczam miejsce noclegu i, z plecakiem, drałuję 4 km do sklepu Lidla, a by zakupić żarcie na drogę do Barcelony. Wracam w okolice portu - jest południe - myślę jak tu dalej spędzić 4 godziny do pociągu. Los dostarczył mi wspaniałej rozrywki - oglądam demonstrację zwolenników niepodległości Sahary Zachodniej i Frontu Polisario. Poleciało parę epitetów pod adresem króla Maroka (swoja drogą to niezły tyran).

O 15.55 wsiadam w pociąg do Bobadilli - 2,5 h godziny jazdy wspaniałymi wąwozami to na prawdę ciekawe doświadczenie. Punkt 21.00 mam pociąg klasy Estrell do Barcelony, do której dojeżdżam o 10.10 (punktualnie co do minuty !). Organizuje sobie mała wycieczkę po mieście: piechotą pod katedrę Świętej Rodziny (wjazd 1200 PTAS), potem metrem pod stadion Barcelony (150 PTAS jedno wejście do metra z możliwością zmiany linii lub 650 PTAS całodniowy karnet). Wejście na stadion to rozstanie z sumą 525 PTAS (dla studentów). Około 14 wsiadam na dworcu Sants w pociąg do Pineda del Mar (410 PTAS). Godzina jazdy. Szybko odnajduję camping Caballo del Mar , a tam Jezusa i Żaka. Reszta dnia schodzi na wylegiwaniu się na plaży. Rano prawdziwa niespodzianka.

Otwieram oczy i widzę nad sobą twarz Adama Widery - zaskoczenie - nie spodziewałem się go tutaj przez najbliższe kilka dni. Okazało się, że jemu i Kasi Fus dopisało szczęście i 'ustrzelili' stopa, który przewiózł ich 800 km aż do Barcelony. Tam spędzili noc na dworcu Sants ( a właściwie to przed nim, gdyż dworzec jest zamykany na noc) i rano dojechali na camping. Brakuje już tylko Jacka Barcika, który, jak się potem okazało, przejechał niemal cała trasę pociągiem. Odwiedził Kordobę, Madryt a w punkcie zbornym znalazł się kilka dni po Adamie i Kasi. Ja i Jacek Madeja opuszczamy Costa Bravę 14 sierpnia. Reszta bawi tutaj jeszczee 9 dni - zwiedzali Barcelonę, opalali się, upijali się w Jordi's Pubie (na zdjęciu). Uzbrojeni w hiszpańską opaleniznę wspominali marokańskie szlaki. 20. I już po wszystkim

Do Katowic wracamy w różnym czasie. Ja i Jacek Madeja jesteśmy w domu już 16 sierpnia, Adam Widera, Kasia Fus i Jacek Barcik 25 sierpnia a Rafał Żak melduje się, jako ostatni, 30 sierpnia. Kończy się wyprawa Maroko2000. 2 września w knajpie 'Róża', w Wojewódzkim Parku Kultury i Wypoczynku w Chorzowie, odbyło się zabranie sprawozdawcze z wyprawy. Kierownictwo złożyło relację. Odbyły się wystąpienia delegatów. Wypito piwa. Wspominano...
 
Adrar
Hotel *** FB
Cena: 2429 zł
27.09 - 04.10
Fortuna
Hotel **** HB
Cena: 2369 zł
14.06 - 21.06
forum MAROKO
FORUM [MAROKO]